
Bodycam (2025) – recenzja
1 maja 2026Tagi: horrory o sektach, horrory paradokumentalne
Reżyseria: Brandon Christensen
Kraj produkcji: Kanada
Dwóch policjantów zostaje wezwanych do awantury domowej. Na miejscu zastają dziwaczne znaki na ścianach, wykop w piwnicy, oraz dwójkę mieszkańców, którzy ich atakują. Funkcjonariusze zabijają napastników, co prowadzi ich do samego serca ciemności.
Bodycam to paradokument, w którym wydarzenia rejestrowane są dwiema policyjnymi kamerami, więc sporo tu ujęć FPS. Wiecie, w kadrze widać latarkę, czy broń. Lubię konwencje paradokumentu, więc byłem zaintrygowany. Tym bardziej, że dom, który odwiedzają policjanci wydaje się jakąś sekciarską meliną.
Policjanci po zabicie napastników zaczynają być ścigani przez bezdomnych i ćpunów z całych przedmieść, którzy wypowiadają pamiętne słowa “Zabierzesz coś jemu. my zabierzemy coś Tobie”. Atmosfera zaczyna gęstnieć.
Jednak w pewnym momencie film zaczyna wiać nudą. Scenarzysta i reżyser Brandon Christensen odpowiedzialny za niezłe Still/Born miał chyba tylko zarys fabuły, a nie bardzo pomysł czym wypełnić film. Gliniarze zatem się krzątają od jednego nieciekawego miejsca do drugiego z czego niewiele wynika. Patenty na straszenie też nie bardzo się sprawdzają. Początkowo klimat jest niezły, ale potem to już tylko nienaturalnie rozdziawione japy, czy komputerowe potwory straszą z ekranu.
Bodycam może sprawdziłby się jako segment serii VHS, ale już przecież mieliśmy taki w V/H/S/Beyond i był znacznie lepszy. Film zaczyna się nieźle, ale z każdą upływającą minutą moje zainteresowanie nim spadało. Mimo to jeśli lubicie paradokumenty, czy klimaty sekciarskie możecie rzucić okiem, tym bardziej że trwa zaledwie 75 minut przez, co tempo jest całkiem żwawe.



