Ostatnia wieczerza (2022)

Ostatnia wieczerza (2022)

23 listopada 2022 Wyłącz przez Skaras
Ocena: 7/10
Tagi: horrory gotyckie, horrory o opętaniu, horrory o sektach, horrory satanistyczne, Horrory z Netflixa

Reżyseria: Bartosz M. Kowalski
Kraj: Polska

Dziś opowiem Wam o polskim horrorze, który podbił ogólnoświatowego Netflixa. Jest to w końcu horror z krwi i kości, z ciekawą historią i świetną realizacją. Zapraszam do recenzji „Ostatniej wieczerzy”.

Recenzję „Ostatniej wieczerzy” obejrzysz także na Youtube:

Polska, rok 1987. Młody policjant Marek pod przebraniem księdza wkracza do odległego zakonu, w którym odprawia się egzorcyzmy prowadzonego przez przeora Andrzeja. Marek prowadzi śledztwo w sprawie tajemniczych zaginięć kobiet w okolicy.

„Ostatnia wieczerza” to polski horror w reżyserii Bartosza M. Kowalskiego, do którego również napisał scenariusz wraz z Mirellą Zaradkiewicz. Tą dwójkę mogliśmy już poznać z jak najbardziej dobrej strony przy okazji filmu „W lesie dziś nie zaśnie nikt” będącego udanym pastiszem na amerykańskie slashery, oraz jego dziwacznego sequela.

Tym razem dwójka filmowców postawiła na jak najbardziej poważną opowieść o policyjnym śledztwie wśród placówki duchownych.

Film rozpoczyna się sceną retrospekcji, w której pewien ksiądz wbiega do kościoła z noworodkiem, u którego widać znamię na barku. Ksiądz chce dziecko zabić przy pomocy noża ofiarnego, ale zostaje powstrzymany przez milicję. Czyli klasyczny motyw znany z horrorów satanicznych pokroju „Omenu”, czy „Egzorcysty”.

Następnie akcja przenosi się o 30 lat w przód, gdzie poznajemy księdza Marka dołączającego do odciętego od świata zakonu, w którym duchowni dokonują egzorcyzmów na opętanych. Marek poznaje surowe zasady rządzące klasztorem. Odebrane mu zostają niedozwolone przedmioty, więc bohater może zapomnieć o puszczaniu dymku, a na wspólny posiłek wszyscy dostają ubogą obrzydliwą papkę, od której wypadają zęby. Co więcej klasztorni bracia łypią na niego nieprzychylnym wzrokiem. Generalnie życie w opactwie dalekie jest od wakacji w tropikach.

Marek poznaje także obrzędy, którymi zajmują się zakonnicy. Bierze udział w egzorcyzmach. Do klasztornego pomieszczenia zostają sprowadzeni duchowni. Pośrodku stoi łóżko z przywiązaną opentaną dziewczyną. Przeor Andrzej zaczyna odprawiać egzorcyzmy czytając wyjątki z biblii przed wijącą się biedną dziewczyną. Wkrótce szatańskie moce dają o sobie znać: łóżko zaczyna podskakiwać, a krzyż trzymany w rękach przora zajmuje się ogniem.

Marek pozostaje jednak sceptyczny i rozpoczyna swoje śledztwo myszkując po zakamarkach wiekowego klasztoru. Musi jednak pozostawać czujny, gdyż bacznie przygląda mu się zarówno przeor Andrzej jak i jego sługus – wielki mnich Dawid. Jednak Marek znajdzie i sprzymierzeńca w murach klasztoru.

Jak widać fabuła „Ostatniej wieczerzy” to klasyczne śledztwo mające na celu demaskację (lub potwierdzenie) autentyczności opętań i przeprowadzanych egzorcyzmów, oraz rozszyfrowanie zagadki zaginięć kobiet, które zdaje się mieć sporo wspólnego z zakonem.

Wydawać by się mogło, że dostaniemy horror o opętaniach, ale scenariusz skręca bardziej w stronę kina sekciarskiego dotykająca fanatyzmu religijnego. Fabuła jest prosta i dla fana obeznanego z kinem gatunku rozwiązanie zagadki już po kilkudziesięciu minutach nie będzie stanowiło problemu. Nie jest to film skomplikowany, zawiera znikomą ilość wątków i w zasadzie opiera się na kliszach, które widzieliśmy już wielokrotnie. Marek jest sceptyczny choć kilka razy niepokojące wydarzenia jakich jest świadkiem podkopują jego niewiarę.

Na największe wyróżnienie zasługują tu świetne scenografie stworzone przez Magdalenę Kut i Łukasza Trzcińskiego. Wrażenie robi wielki, ponury budynek zakonu. Otoczony lasem krzyży antycznego cmentarza, oraz z powykręcanym starym drzewem przed nim sprawia ponure wrażenie.

Dekoracje te przypominały mi najlepsze horrory brytyjskiego Hammer Studios, w których królowały przecież gotyckie scenografie okryte całunem mgły. Samo wnętrze budynku także jest klimatyczne. Odrapane ściany, cele w których przebywają opętani i szaleńcy, mroczne piwnice, czy zakazane podziemia. Film kręcony był w prawdziwym klasztorze

Opactwa Cystersów w Lubiążu w województwie dolnośląskim. Zespół budynków jest jednym z największych tego typu w Europie, a budowę zaczęto już w XII wieku. Bartosz Kowalski wykorzystał tą klimatyczną lokację w należyty sposób.

Duża zasługa w oddaniu atmosfery tego miejsca przypada zdjęciom Cezarego Stoleckiego. Kadry są dobrane pieczołowicie i po prostu przyjemne dla oka, praca kamer bardzo profesjonalna, a color grading miejscami chłodny, a w innych scenach nasycony. Poziom światowy.

Co więcej jest tu kilka scen po prostu świetnych wizualnie. Film więc zawiera także walory artystyczne. Już pomijam wspominane wcześniej kadry z terenu przed klasztorem, które przypominały mi takie filmy jak „Matka Joanna od aniołów”, „Imię róży”, czy „Dark Waters„.

Ale sceny szczególnie z końcówki robią duże wrażenie jak chociażby ta, w której mnisi unoszą się w powietrzu tworząc odwrócone krzyże.

Efekty specjalne również dają radę. Te praktyczne jak np. wybebeszone gnijące trupy, czy jucha tryskająca strumieniami z rozciętego gardła są po prostu świetne.

Efekty komputerowe natomiast, gdy są używane z umiarem, z czym mamy do czynienia w zasadzie przez większość filmu wyglądają wiarygodnie i nie ma się do czego przyczepić.

Ścieżka dźwiękowa wybornie ilustruje rozgrywające się wydarzenia. Jest raczej z tych stonowanych, pozostających w tle, ale końcowy utwór to już wpadająca w ucho, rozkręcająca się epicka symfonią. Muzykę skomponował Carl-Johan Sevedag, który maczał palce przy udźwiękowieniu horroru „Life”.

Nie wspomniałem jeszcze o aktorach. W głównej roli prowadzącego śledztwo Marka zobaczymy Piotra Żurawskiego znanego z drugoplanowych ról z takich filmów jak „Pokot”, „Bodo”, czy „Miasto 44”. Zagrał przyzwoicie i w zasadzie tyle jestem w stanie powiedzieć. Żadne wyżyny. W roli przeora Andrzeja zobaczymy zaś Olafa Lubaszenko. Aktor z dużym doświadczeniem poradził sobie z rolą bezproblemowo portretując cynicznego duchownego. Z postaci, o których warto jeszcze wspomnieć wymieniłbym Sebastiana Stankiewicza jako Mnicha Piotra, który po prostu pasuje do takich ról. Aktor znany i lubiany, którego mogliśmy podziwiać w obu częściach „W lesie dziś nie zaśnie nikt”. Tutaj otrzymał rolę znacznie poważniejszą i odegrał ją bezproblemowo.

Jedną z niewielu wad filmu jest znikoma ilość elementów straszących. Nie ma tu w zasadzie żadnej sceny, która podnosiła by ciśnienie. Marek miota się po opactwie, przeczesuje pomieszczenia, unika schwytania. Czasem i owszem dopadnie go jakaś makabryczna wizja, konfrontacja z wrogiem, czy niemal wizyta w samym piekle, ale nie jest to w żaden sposób straszne. A skoro to horror to czasami wypadałoby potrząsnąć widzem. Cieszę się, że zrezygnowano z nadużywania jump scares, ale klimat grozy mógłbym być znacznie gęstszy.

Podczas seansu miałem też mieszane uczucia co do zakończenia, a sądząc po komentarzach w internecie nie tylko ja. Zakończenie mnie jednak ostatecznie kupiło. Zdradzę Wam, że jest ono podwójne.

Pierwsze trąci pastiszem, czy nawet czarną komedią i odpowiada na pytanie, które pewnie niejednokrotnie każdy zadawał sobie podczas seansu kina grozy: a co jeśli siły nadnaturalne jednak nie istnieją. Co wtedy zrobi kultysta, który poświęcił im całe życie? To zakończenie jest przewrotne, niespodziewane i po prostu pomysłowe.

Finał właściwy natomiast może i nie jest ani straszny, ani klimatyczny, ale ładnie wykonany i sfilmowany. Bartosz Kowalski w wywiadach mówił, że zawsze w finałach horrorów czuł niedosyt, iż ostatecznie nie był ukazywany główny złowrogi byt. Tutaj postanowił to zmienić.

Kostium złego jest wykonany wzorowo i nieco szkoda, że pokazano zbyt dużo, bo ja jestem jednak zdania, że im mniej widać, tym lepiej dla horroru. Wystarczyłoby go skąpać w mroku, a atmosfera grozy od razu by wzrosła. Mimo to i tak jest bardzo odważnie, konkretnie i po prostu ładnie.

„Ostatnia wieczerza” okazała się hitem na Netflixie i to nie tylko w Polsce, ale i na świecie wskakując na topkę najczęściej oglądanych filmów. I ja się nie dziwię, gdyż film Kowalskiego zrealizowany jest na poziomie światowym. Może i nieco przypomina produkcję telewizyjną, ma niespieszne tempo, oraz słabo mu idzie straszenie, ale historia jest wciągająca, a realizacja stoi na światowym poziomie.

Zobacz również