Jestem legendą – porównanie wersji

Jestem legendą – porównanie wersji

4 października 2022 Wyłącz przez Skaras
Tagi: horrory o wampirach, horrory o zombie, horrory postapokalityczne

Film „Jestem legendą” z 2007 roku z Willem Smithem stał się światowym hitem i widział go chyba każdy. Mniej osób wie, że jest to ekranizacja noweli Richarda Mathesona z 1954 roku o tym samym tytule. Ale jeszcze mniej osób wie, że „Jestem legendą” ze Smithem nie był ani pierwszą adaptacją tej książki na język filmowy, ani też nie był tą najlepszą!

Dziś przyjrzymy się wszystkim ekranizacją książki Mathesona, a było ich aż cztery. W materiale rzecz jasna pojawią się liczne spojlery, ale jeśli widzieliście, którąkolwiek z wersji nie będą dla Was zaskoczeniem.


Pierwszej adaptacji podęto się w 1964 roku. Była to koprodukcja włosko-amerykańska i jej fabuła najwierniej odpowiadała książkowemu oryginałowi.

Film opowiada o Robercie Morganie. Ostatnim człowieku jaki przeżył światową pandemię śmiercionośnego wirusa. Co więcej, większość ludzi przemieniła się w krwiożerczych degeneratów. Morgan stara się codziennie przeszukiwać miasto w celu eliminacji potworów. Próbuje także odnaleźć innych ocalałych.

W Roberta Neville’a z książkowego oryginału, którego tu przemianowano na Roberta Morgana wcielił się amerykański aktor Vincent Price.

Kultowy amerykański aktor, który na całe życie związał się z filmem grozy grając przede wszystkim postaci złe i demoniczne. Mogliśmy go podziwiać w takich hitach jak „Dom na nawiedzonym wzgórzu„, „Nawiedzony pałac”, czy „Maska czerwonego moru”.

W filmie tym poznajemy codzienną rutynę ostatniego ocalałego z pandemii, która miała miejsce trzy lata wcześniej. Robert co dzień ostrzy drewniane kołki i systematycznie przeczesuje miasto, aby zabijać potwory. Napotkane zwłoki zawozi do wielkiego dołu, w którym ciała pali. Doły to pozostałość jeszcze po czasie, gdy wojsko samo zwoziło tu martwych ludzi. Codzienną rutynę spędza także na barykadowaniu domu.

Większość ludzi bowiem zamieniła się w wampiry. Teraz co noc przychodzą pod dom Morgana próbując sforsować barykady, aby zabić ocaleńca.

Wampiry w tej wersji bardziej przypominają lunatyków, czy zombie z „Nocy żywych trupów”. Romero z resztą inspirował się „Ostatnim człowiekiem na Ziemi” kręcąc swój pierwszy film o żywej śmierci. Co noc nachodzą jego posiadłość z improwizowaną bronią niszcząc barykady i próbując go wywlec na zewnątrz. Jednym z wampirów jest kolega z pracy Morgana – Ben Cortman.

Morgan był bowiem naukowcem badającym bakcyle, które spowodowały zarazę. Teraz, samotnie wewnątrz swego domostwa, również stara się rozwikłać skąd wirus przybył i jak go pokonać.

Jesteśmy tu także świadkami licznych retrospekcji z życia Morgana zanim pozostał ostatni. Początkowe sceny pokazują, że Robert traktuje nadejście zarazy jak przesadzone plotki. W kolejnych pracuje w pocie czoła nad pokonaniem wirusa, gdyż jedna z jego córek zachorowała.

Sceny te są najbardziej przejmujące w filmie. Śmierć milionów to statystyka. Ale gdy bliżej poznajemy jednostkę zaczynamy współczuć. Czujemy bezsilność ojca, gdy ten widzi, że jego najbliżsi zachorowali na śmiertelną zarazę.

Ciekawe jest to jak celnie niemal 70 lat temu przedstawiono rozprzestrzenianie się pandemii. W dobie koronawirusa wszyscy mogliśmy tego doświadczyć. Początkowe niedowierzanie przemieniło się w smutną rzeczywistość, w której ginęli nie tylko obcy, ale i nasi znajomi, czy bliscy. Poruszony jest tu także temat izolacji zakażonego. Strach przed poznaniem prawdy o tym zakażeniu przez świat i obawa o to, co może zrobić z taką jednostką rząd, byleby tylko zahamować rozprzestrzenianie się choroby.

Istotne jest tu także zakończenie filmu, które jest z grubsza zgodne z książkowym oryginałem. (a moim zdaniem nawet nieco lepsze, bo mniej przekombinowane).

Pewnego dnia, gdy Robert chowa ciało napotkanego kilka dni wcześniej psa (wątek ten zostanie rozwinięty w wersji z 2007 roku) widzi tułającą się kobietę, którą sprowadza do swojego domu. Początkowo jest jej nieufny, z czasem zdradza jej swoje odkrycia dotyczące choroby. Okazuje się jednak, że kobieta ta nie jest człowiekem, a wampirem. Może jednak chodzić za dnia dzięki specjalnej szczepionce. Wyjawia Morganowi, że wampiry odbudowują społeczeństwo, oczywiście w pełni wampiryczne.

Robert jako ostatni przedstawiciel gatunku homo sapiens jest więc odszczepieńcem. Dziwolągiem. Co więcej za sprawą swej eksterminacji wampirów wśród nowej społeczności wbudza paniczny strach. Stał się żywą legendą wśród nowego ludu. I to właśnie stąd tytuł książki „Jestem legendą”.

„Ostatni człowiek na ziemi”, tak jak oryginał Mathesona to pogłębione studium samotności, alkoholizmu i rozpaczy za stratą. Film poruszający, świetnie zagrany przez Vincenta Price’a i niosący wciąż aktualne przesłanie. Przesłanie mówiące o tym, że nie ma czegoś takiego jak odgórnie przyjęta norma, zbiór ponadczasowych praw, czy święta moralność. To wszystko zależy od danej społeczności i zmienia się na przestrzeni czasu i miejsca. To człowiek zdrowy wśród trędowatych jest tym nienormalnym.

W 1971 roku powstała kolejna ekranizacja prozy Mathesona. „The Omega Man” to film z większym budżetem, bardziej rozdmuchany, wydarzenia z książki biorący bardziej za punkt wyjścia niż wiernie je adaptujący.

Po raz kolejny poznajemy w nim Roberta Nevilla. Byłego naukowca, który po pandemii dżumy pozostał ostatnim człowiekiem na Ziemi. Za dnia plądruje opuszczone miasto w poszukiwaniu zapasów. W nocy skrywa się w ufortyfikowanym domu przed hordami zakażonych chcących go wyeliminować.

Podczas, gdy wersja z Vincentem Pricem była filmem niskobudżetowym, „The Omega Man” posiadał znacznie większe zaplecze finansowe.

W roli Nevilla zobaczymy popularnego w latach 70tych aktora telewizyjnego Charltona Hestona. Neville w wykonaniu Hestona jawi się niemal jak heros. Jest wysportowany, zawadiacki i nie widać po nim zmęczenia życiem jak wersji z 64 roku.

W ogóle ten film to taki typowy hollywoodzki blockbuster. Ugrzeczniony i nastawiony na akcję. Już w pierwszych scenach widzimy Nevilla jadącego po mieście czerwonym Fordem z 70go roku strzelającego do zakażonych z karabinu maszynowego.

Dzięki sporemu budżetowi miasto, które plądruje Neville naprawdę wygląda na wymarłe. Drapacze chmur Los Angeles świecą pustkami. Na ulicach walają się śmieci i wyschnięte trupy, a witryny sklepowe pokrywa kurz i pajęczyny. Czuć oddech wymarłego świata.

Długo jednak nie zabawimy w pustym mieście, bo już po chwili poznajemy antagonistów. Nie są to zombie-wampiry jak w poprzedniej wersji. Jest to cała armia przypominająca sektę pod przywództwem Mathiasa. Fanatycy religijni owładnięci szaleństwem, którzy chcą zburzyć stary porządek, którego ostatnim przedstawicielem został Neville.

Nie są to bezwolne kreatury. Nie piją krwi, są szybcy i inteligentni. Psychicznie niewiele różnią się od ludzi, poza tym, że odrzucają wszystko, co było przed zarazą i chcą wprowadzić nowy ład. Jak mówi Mathias o Nevillu: śmierdzi benzyną i elektrycznością, czyli zakazanymi technologiami przeszłości.

Zakażeni, którzy przeżyli pandemię – a w tej wersji była to epidemia dżumy – stali się albinosami. Mają białą skórę i siwe włosy. Całe ciało pokrywają im rany jak po ospie. Sekta ta zwana Rodziną ubiera się w długie, czarne, zwiewne szaty oraz okulary przeciwsłoneczne, co w połączeniu z ich bladą skórą nadaje im złowieszczego charakteru.

Członkowie Rodziny próbują włamać się do domu Nevilla atakując go co noc. Już w jednej trzeciej filmu główny bohater zostaje pochwycony i przetransportowany do siedziby sekty, gdzie ma nastąpić jego egzekucja.

Szybko też okazuje się, że Neville jednak nie jest ostatnim człowiekiem na Ziemi. Zostaje wybawiony przez kobietę, Lisę i zawieziony do bazy, w której skryli się inni ocaleńcy. Neville od tej pory będzie z nimi mieszkał jednocześnie tworząc szczepionki ze swojej własnej krwi.

Mimo, że „Człowiek Omega” to film dopracowany technicznie, żwawy i bardziej widowiskowy pozbawiony jest tej atmosfery beznadziejności i klimatu grozy, co książkowy oryginał.

Neville w wykonaniu Hestona wygląda jakby się całkiem nieźle bawił w opuszczonym mieście. Nie poznajemy w retrospekcjacj jego rodziny, jego codziennych trudnych zmagań z zagrożeniem, rutyny wpędzającej w szaleństwo i alkoholizm. Nie współczujemy mu, ani specjalnie nie kibicujemy. Film, zapewne, żeby bardziej spodobać się publice został też ugrzeczniony. Wprowadzono więcej postaci, więcej akcji, ale gdzieś w tym wszystkim zapodziało się to co najważniejsze, czyli przesłanie.

Zakończenie filmu nie ma tej mocy, co poprzednia wersja, w której śmierć Nevilla była nowym początkiem dla nowej społeczności. Mimo, że Neville ginie to zakończenie filmu jest pozytywne. Jest nadzieja dla resztek ludzkości. Być może uda się im przetrwać, a nawet zaludnić Ziemię na nowo.

Najpopularniejsza ekranizacja „Jestem legendą” pod tym samym tytułem powstała w 2007 roku w wielkim studio filmowym. Kosztujący 150 milionów dolarów film przyniósł ponad pół miliarda zielonych zysku.

„Jestem legendą” po raz kolejny opowiada losy Roberta Neville’a, zdawałoby się ostatniego człowieka na Ziemi. Robert przeczesuje puste ulice i budynki Nowego Jorku w poszukiwaniu zapasów, oraz okazów na których mógłby prowadzić eksperymenty.

Zacznijmy od tego, że tutaj pochodzenie wirusa zostało wyjaśnione w zaledwie kilkudziesięciusekundowym prologu. I wyjaśnienie to wydaje się banalne. Okazuje się, że to zmodyfikowany wirus, który miał być lekarstwem na raka, ale jak to zwykle bywa wydostał się, rozprzestrzenił i zdziesiątkował ludność. Większość wymarła, część przemieniła się w krwiożercze potwory, a reszta posłużyła za ich pożywienie.

Zmieniło się także miejsce akcji. Małe miasteczko czy przedmieścia zostały zastąpione wielką metropolią pełną drapaczy chmur, którą opanowała dzika zwierzyna. Po ulicach walają się wraki samochodów, natura powoli zabiera to co jej się należy, a Neville pośród tego pobojowiska poluje na jelenie, plądruje sklepy, zbiera warzywa. Opuszczone miasto wygląda całkiem imponująco. Odpowiednio wielkie i pozbawione życia powoduje przytłaczające uczucie osaczenia.

Scenarzyści początkowo zgrabnie budują suspens. Gdy nadchodzi noc, Robert zaciąga stalowe kotary na okna i rygluje drzwi. Nie wiemy przed czym się chowa, ale słyszymy niepokojące odgłosy z zewnątrz. Nieznane zagrożenie zawsze powoduje dyskomfort i uczucie grozy i wielka szkoda, że już parę minut później dostajemy jak z plaskacza wizerunkiem antagonistów wykonanych koszmarnie słabym CGI. Są to łyse wampiry z nadnaturalnie rozdziawionymi gębami, które żerują na ludzkiej krwi.

Neville zakłada pułapki na owe stwory i transportuje je do laboratorium ukrytym pod domem, gdzie próbuje wynaleźć szczepionkę przywracającą stworom ludzkie cechy. Oczywiście bezskutecznie.

W Nevilla wcielił się Will Smith i przyznać muszę, że wykonał robotę całkiem nieźle. Smith to utalentowany aktor i bez problemu poradził sobie ze skrajnymi emocjami, oraz odgrywaniem postaci, która powoli popada w szaleństwo przestając odróżniać rzeczywistość od majaków.

Głównym oponentem Roberta jest przywódca wampirów. Osobnik większy od pozostałych, inteligentniejszy, bardziej przebiegły i ewidentnie darzący głównego bohatera nienawiścią. Od pierwszego ich spotkania będzie polował na Nevilla.

Sceny retrospekcji pojawią się także w tej ekranizacji jednak nie robią tak przygnębiającego wrażenia jak w wersji z Vincentem Pricem. Gdy Neville żegna się ze swoją rodziną, żoną i małą córką, nie wiedząc, że widzi ich po raz ostatni scenarzyści zapewne chcieli wzbudzić w widzzu jakieś emocje. Niestety rodzina bardziej irytuje niż budzi jakieś współczucie, więc sceny te wypadają blado i nieprzekonująco. Reżyserowi zabrakło ewidentnie umiejętności.

I chyba nic w tym dziwnego, gdyż twórca tego dzieła Francis Lawrence prócz teledysków Shakiry, czy Britney Spears miał na koncie jedynie „Constantine’a”.

Fabuła jak widać z grubsza zgadza się z oryginałem, ale diabeł tkwi w szczegółach. Neville ma na przykład swojego psa ma od samego początku i jego śmierć poruszyła niejednym widzem. To na plus.

Największy minus jedak to wydźwięk filmu. Neville podobnie jak we wcześniejszych filmach spotyka na swej drodze kobietę. Ale tu podobieństwa się kończą. Inny jest powód spotkania, okoliczności i skutki. Czuć, że scenarzyści chcieli wykorzystać motyw z oryginału, ale oryginalny rozwój wypadków nie pasował im do koncepcji, więc zmienili go na coś innego i… zupełnie nijakiego.

Podobnie jak w „Człowieku Omedze” okazuje się, że na Ziemi istnieją inni, zdrowi ludzie. Głównemu bohaterowi w końcu udaje się także opracować skuteczne lekarstwo na wampiryzm. Przemienieni (nazywani tu głupkowato Poszukiwaczami Mroku) nie organizują się w żadną złożoną społeczność. Nie kieruje nimi chęć budowy nowego, lepszego świata, a jedynie instynkt drapieżnika.

Przez taki zabieg tytuł filmu nie ma żadnego sensu. Przypominam, że książkowy główny bohater został żywą legendą, gdyż był odmieńcem wśród nowej społeczności, która się go panicznie bała. Coś jak Buka z Muminków. Zmiana tego jakże ważnego szczegółu powoduje, że film ze Smithem nie ma drugiego dna, tej głębi, która z książki uczyniła hit. „Jestem legendą” z 2007 roku to kolejny, generyczny, wtórny film, w którym jeden człowiek musi stawić czoła armi potworów. I tylko tyle. Bez filozoficznej warstwy opowieść prezentuje się miałko, a zakończenie pozbawione jest jakiegokolwiek przesłania. „Jestem legendą” mimo śmierci głównego bohatera kończy się happy endem.

Neville wynalazł szczepionkę na wampiryzm, więc jest nadzieja dla resztek ludzkości. Gdy już myślisz, że gorzej być nie może pojawia się alternatywne zakończenie.

W nim Neville podarowuje przywódcy poszukiwaczy mroku wyleczoną przez niego wampirzycę. W podzięce za ten gest cała zgraja krwiopijców oddala się umożliwiając Nevillowi, oraz kobiecie na swobodne opuszczenie domu, a w domyśle wyleczenie ludzkości za pomocą serum.

Kiczowate strasznie, nakręcone fatalnie, budzi tylko dreszcz zażenowania, ale… pozostawia furtkę do nakręcenie sequela z Wiillem Smithem. Film już został zapowiedziany na 2024 rok.

Podsumowując „Jestem legendą” został całkowicie wyprany z głębi i drugiego dna książkowego oryginału. Will Smith się kręci po mieście, noce spędza w kryjówce-fortecy, kogoś tam spotyka. Ale nie robi to żadnego wrażenia. Pomijając fajnie wyglądający opuszczony Nowy Jork i niezłą grę Smitha cała reszta to popłuczyny nastawione na niewymagającą publikę, która mogłaby nie zrozumieć złożonego wydźwięku książki Mathesona. Najbardziej jej znana ekranizacja okazała się jednocześnie najsłabszą.

To byłby już koniec tego odcinka, ale z recenzenckiego obowiązku muszę wspomnieć o jeszcze jednym filmie.

Nie jest to co prawda ekranizacja książki Mathesona, ale luźny remake „Jestem Legendą”. Film o nazwie „I am Omega” z 2007 roku wypuściła wytwórnia Asylum. To ta sama wytwórnia, która gdy pojawia się jakiś hollywoodzki hit za parę dolarów miesiąc później wydaje swoją podróbkę. Na pewno widzieliście jakąś ich produkcję w nocy na Pulsie.

„Ostatni żywy człowiek” opowiada o Renchardzie. Jednym z niewielu ocalałych po katastrofie, która wybiła większość ludzkości pozostałych zmieniając w zombie. Mieszka on na swym ranchu, gdy pewnego dnia dwaj marines zmuszają go do wyruszenia na ratunek kobiecie która również przetrwała apokalipsę.

„I am Omega” to niskobudżetowe popułuczyny w klimacie zombie postapo. Niewiele tu się zgadza z pierwowzorem.

O głównym bohaterze, w którego wcielił się Mark Dacascos aktor, a także instruktor sztuk walki niewiele wiadomo. Wiemy jedynie, że miał kiedyś rodzinę, a teraz przeczesuje bezdroża wokół miasta zbierając zapasy i walcząć z zombie, czy kto woli z mutantami.

Ci w przeciwieństwie do poprzedników mogą atakować zarówno w nocy jak i w dzień i wyglądem przypominają żywe trupy. Muszę przyznać, że ich wygląd to najlepsza rzecz w tym filmie. Zgniłe cielska pokryte tanią charakteryzacją, ale gdy są w ruchu niedostatki budżetowe nie są na tyle widoczne.

Akcja nie biegnie tu jak w poprzednikach, a skupia się na ratowaniu kobiety uwięzionej w mieście, które jest sercem gniazda zombie.

Sporo tu głupotek, trywialnych dialogów, czy walki z żywymi trupami na pięści, w końcu nie można było zmarnować potencjału Dacascosa.

Brak tu także w zasadzie jakiegokolwiek solidnego zakończenia, nie mówiąc już o wydźwięku końcówki książkowego oryginału.

„I am Omega” to proste i tanie postapo jedynie zahaczające gdzieś niemrawo o wątki znane z książki. Da się to obejrzeć, ale wierzcie mi na słowo – nie trzeba.

Ekranizacje „Jestem legendą” przeszły długą drogę. Od bardzo wiernej adaptacji z 64 roku, przez rozdmuchaną wersję z Hestonem, po blockbuster ze Smithem pozbawiony jednak konkretnego zakończenia, aż po popłuczyny ze stajni Asylum.

Jeśli widziałeś jedynie wersję z Willem Smithem daj szansę pozostałym filmom.

Zobacz również