Jak Krzyk wskrzesił slashera?

Jak Krzyk wskrzesił slashera?

29 lipca 2022 Wyłącz przez Skaras
Tagi: slashery

Slashery od ich powstania w 1974 roku zdążyły wycisnąć z gatunku wszystko, co się dało. Mieliśmy morderców zabijających chyba każdym możliwym narzędziem od prostej maczety po kosiarkę do trawy. Fabuły rozgrywały się w każdym możliwym miejscu od letniego obozu po sklep spożywczy.

Przez 20 lat wymyślono już chyba każdy schemat i gatunek zaczął umierać śmiercią naturalną. Wszyscy mieli przesyt, a twórcy brak świeżych pomysłów. I wtedy na scenę wchodzi cały na biało Wes Craven i mówi, przytrzymaj mi piwo i pa tera.

W 1996 roku Craven przynosi film, który na następne dekady odmienił oblicze slashera, nadał gatunkowi nowy kierunek i dał mu drugie życie.

Dziś przyjrzymy się serii „Krzyk” i rozbierzemy na czynniki pierwsze jej sukces.

Omówienie serii Krzyk znajdziesz także na Youtube:

Krzyk

Małym miasteczkiem w Stanach wstrząsa wiadomość o morderstwie. Dwójka uczniów miejscowego liceum została brutalnie zamordowana. Śledztwo wszczyna miejscowa policja z młodym zastępcą szeryfa Deweyem na czele. Wiadomość o morderstwie szczególnie dotyka Sidney, nastolatkę, której matka została zamordowana rok wcześniej. Morderca jednak nie zamierza poprzestać na dwóch trupach.

Czemu film, który był kolejnym horrorem z martwego gatunku, przy budżecie 15 milionów dolarów zarobił ponad 100 baniek? Wszystko dzięki geniuszowi Wesa Cravena, który czuł, co może się dobrze przyjąć.

Przede wszystkim bohaterowie przedstawienia byli ciekawie rozpisani. Mimo, że mniej lub bardziej są typowymi kliszami, to nie są mięsem armatnim, mają więcej ciała i osobowości, idzie się z nimi utożsamić i ich polubić.

Craven przede wszystkim postanowił wskrzesić ideę teen slashera nastawionego na nastoletnią publikę. Fani klasycznych slasherów dorośli i kino dla nastolatków już icj nie interesowało. Wes uderzył więc w nowe pokolenie. Dzięki osadzeniu akcji w collegu, gdzie uczęszcza miejscowa młodzież ze swoimi typowymi problemami, dzięki zatrudnieniu młodych, zdolnych aktorów film trafił w gusta dorastającej młodzieży pełnej buzujących hormonów.

Bo „Krzyk” to taka horrorowa wersja „American Pie”. Chłopaki z filmu chcą imprezować, pić piwo, jarać trawę i zaliczać panienki. Kto by się nie utożsamił z takimi bohaterami mając te 16 lat?

Mamy, więc galerię barwnych postaci począwszy od Sidney, w którą wcieliła się Neve Campbell. To taka ładna dziewczyna z sąsiedztwa. Nie epatująca jednak swoim seksapilem. Dziewczyna z traumą po stracie matki, którą nowa seria zabójstw wstrząsnęła najbardziej. Co ważne, dziewica. Neve Campbell do tej pory większą rolę miała jedynie w „Szkole czarownic” i dramacie rodzinnym „Ich pięcioro” gdzie została dostrzeżona przez Cravena i zaproszona na casting. Jej koleżankę, tą bardziej rozwiązłą, chodzącą albo w miniówkach, albo obcisłych spodniach Casey zagrała Drew Berrymore. Jej chłopaka Billy’ego o urodzie buntownika, taki typ młodego Johnny’ego Deppa zagrał Skeet Ulrich. Wygląda na to, że głównym zadaniem chłopaka jest namówienie Sidney na seks. Szybko to na niego padają oskarżenia o morderstwa, czy jednak zdawałoby się nieco wycofany chłopak byłby zdolny do takiej zbrodni? Prócz tych bohaterów mamy także nerda – speca od horrorów Randyego, wysokiego śmiejka o twarzy psychopaty Stuarta i kilku innych nastoletnich bohaterów.

Ze starszych bohaterów warto wymienić Gale Weathers prezenterkę lokalnych wiadomości, która za wszelką cenę chce zrobić reportaż o mordercy z Woodsboro. Będzie starała się wkupić w łaski młodzieży, a kiedy to nie przyniesie rezultatu zacznie flirtować z zastępcą szeryfa. W reporterkę wcieliła się Courtney Cox, która w serii zadomowiła się na całe 25 lat.

No i przechodzimy do najzabawniejszej, memicznej wręcz postaci. Zastępca szeryfa Deweya, granego przez Davida Arquette. Główny stróż prawa, który będzie toczył śledztwo to nieopierzony, dwudziestopięciolatek z zabawnym wąsem. Niezbyt bystry, dający sobą pomiatać siostrze, którą jest Casey, manipulować reporterce Gale Weathers, ale w gruncie rzeczy to dość poczciwa morda, którą idzie polubić.

Wszystkie postaci mają swoje wady i zalety. Nie ma tu miejsca na bohaterów jednoznacznie złych, czy dobrych. Postaci są z krwi i kości i nawet reporterka Weathers, która gra tutaj nieco outsidera, osobę która knuje by zbić własny kapitał na śmierci dzieciaków w sumie jest całkiem sympatyczna, mimo, że sukowata.

Najważniejszym jednak czynnikiem odróżniającym „Scream” od poprzedników jest jego postmodernizm. Film bawi się konwencją, jest świeży, intertekstualny i samoświadomy.

W niemal co drugim dialogu bohaterowie dyskutują o horrorach, przerzucając się tytułami. Pada tu wiele klasycznych filmów jak „Piątek 13go”, „Halloween”, „Koszmar z ulicy Wiązów”, „Hellraiser”, „Martwe Zło”, „Skowyt” i wiele innych. Bohaterowie to przecież nastolatki, a te kochają horrory. Są w nich ekspertami, doskonale znają stosowane w nich klisze i zagrywki, dekonstruują gatunek i swobodnie się w nim poruszają.

W jednej ze scen horrorowy nerd Randy tłumaczy znajomym jakie są zasady horrorów. Pośród nich jest nie uprawiaj seksu, bo tylko dziewica może przeżyć. Inna mówi o nieimprezowaniu, gdyż osoby grzeszne czeka śmierć. Kolejna to memiczne „zaraz wracam” wypowiadane przez bohaterów, którzy nigdy już nie powrócą. Po chwili trzecią zasadę łamie jedna z postaci by zaraz zginęła, co potwierdza prawdziwość zasad.

Takich scen jest tu znacznie więcej. Główna bohaterka mówi, że durne jest, gdy ofiara w horrorze biegnie na górę zamiast uciekać z domu po czym gdy dochodzi do konfrontacji z zabójcą sama, czym prędzej biegnie na piętro. W innej scenie nerd ogląda „Halloween” Carpentera i mówi do Jamie Lee Curtis, żeby ta się owdróciła, bo za nią jest morderca, a sam powinien się odwrócić, bo ghostface czaił się za nim.

„Krzyk” z jednej strony jest horrorem, a z drugiej wyśmiewa horrorowe klisze. Wes Craven to wytrawny gracz, zjadł zęby na gatunku i postanowił nakręcić pastisz, również swoich wcześniejszych filmów. Widać to choćby po scenie, w której występuje sam Craven. Dosłownie na sekundę pojawia się jako woźny zmywający podłogę w szkole w stroju… Freddy’ego Kruegera.

Ale scen, które na zawsze przeszły już do popkultury jest tu znacznie więcej. Już sama sekwencja otwierająca film stała się znakiem rozpoznawczym serii. Widzimy w niej dziewczynę, która będąc sama w domu odbiera telefon od nieznajomego, który specyficznym głosem zaczyna rozmawiać z nią właśnie o horrorach, a następnie oznajmia, że ją zabije, gdy ta źle odpowie na zadawane przez niego pytania.

Od tej sceny motyw telefonowania do ofiar (który Craven zapewne pożyczył od horroru „When a Stranger Calls”) towarzyszył serii do końca i przeszedł na stałe do popkultury. Kto z nas nie pamięta sławetnego pytania wypowiadanego przez mordercę „What’s your favorite scary movies?”.

Niektóre sceny zahaczają wręcz o slapstick. Mówię tu głównie o scenie z garażu podczas imprezy u Stuarta, gdzie Sidney walczy z mordercą obrzucając go butelkami z piwem i próbująca się wydostać przez wejście dla psa. Scena jest tak zaaranżowana, że można nie raz parsknąć ze śmiechu, co wykorzystali twórcy „Scary Movie” parodiując ją w swoim filmie.

Hej, ale to oprócz pastiszu także pełnoprawny slasher. Mimo, że przez większość filmu bodycout jest znikomy i mamy w zasadzie jedynie dwa trupy to w trzecim akcie, gdy toczy się impreza u Stuarta (swoją drogą kręcono ją 21 nocy i po zakończeniu zdjęć twórcy żartowali, że to była najdłuższa noc w historii horroru) pada trupów już więcej, a morderstwa są pełnokrwiste. Do ich kręcenia użyto niemal 200 litrów sztucznej krwi, więc miłośnicy jatki byli w pełni zadowoleni.

Istotnym elementem „Krzyku” jak i oczywiście każdego slashera jest postać mordercy. Tutaj nie jest on niemym, niemal nadnaturalnym bytem pokroju Michaela Myersa, czy Jasona Voorheesa. To osoba z krwi i kości, a nie wszechmocny boogeyman. Ktoś z bliskiego otoczenia ofiar. Osoba, która myśli i mówi jak każdy inny. Bliżej mu do Normana Batesa z „Psychozy”, do którego się porównuje niż takiego Leatherface’a. Ówczesnej widowni łatwiej było uwierzyć, że mordercą może być zwykły dzieciak, którego widuje się w szkole niż nadnaturalny upiór znad letniego obozu.

Pomagał wczuć się w to także strój mordercy. Prosta czarna, zwiewna szata i biała, tania, plastikowa maska przypominająca obraz „Krzyk” Muncha.

No i mamy jeszcze zaskakujące zakończenie, w którym wyjaśnia się kto jest mordercą. Może podobne zakończenie pojawiło się już w jakimś giallo, ale nie przypominam sobie, żeby wystąpiło wcześniej w jakimś slasherze.

„Krzyk” na swoje czasy był filmem wręcz przełomowym. Nie wymyślił nic na nowo, ale dostosował wyświechtaną formułę slashera do nowych czasów. Młoda publika była zachwycona filmem. Nie trzeba było długo czekać na sequel, bo ten pojawił się już rok później.

Krzyk 2

Minęły dwa lata od serii morderstw w Woodsboro. Sidney Prescott stara się żyć normalnym życiem, chodzi do koledżu, ma nowego chłopaka. Tymczasem na ekrany kin trafia film „Stab”, który jest ekranizacją bestsellerowej powieści Gale Weathers opowiadającej o morderstwach w Woodsboro. Podczas jego premiery dochodzi do zabójstwa. Ktoś postanowił wskrzesić postać Ghostface’a.

Za część drugą ponownie zabrał się Wes Craven ze scenarzystą Kevinem Williamsonem. W filmie pojawiają się starzy bohaterowie jak Sidney Prescott, która poradziła sobie z traumą, ale to znów na niej wzrok, oraz swój ostry nóż skupi morderca.
Gale Weathers po wydaniu powieści, w której opowiedziała o morderstwach z Woodsboro stała się rozpoznawalną personą. Zamordowanego kamerzystę zastąpiła nowym i ze zdwojoną siłą stara się nakręcić nowy materiał, tym bardziej, że okazja pojawiła się sama w postaci nowej fali zabójstw.

Zastępca szeryfa Dewey wciąż kręci się w pobliżu wydarzeń wkurzony na Weathers, gdyż ta opisała go w książce jako fajtłapę. Dewey po postrzale z pierwszej części ma niedowład prawej części ciała, utyka i ma niesprawną rękę.

Poznajemy także nowych bohaterów. Hallie to czarnoskóra współkolatorka i przyjaciółka Cindy. Derek to nowy chłopak głównej bohaterki, którego najprościej można określić jako głupek z bractwa. Cotton natomiast to zwolniony z więzienia mężczyzna, którego Cindy oskarżała (jak wiemy z końcówki pierwszej części niesłusznie) o zabójstwo matki. Cotton nie żywi urazu do Cindy, ale chce skorzystać z pięciu minut sławy namawiając ją na wspólny występ w wiadomościach. No i mamy także Debbie Salt – lokalną dziennikarkę badającą sprawę morderstw, która okaże się ważną postacią.

Fabuła tym razem rozgrywa się w koledżowym kampusie, domach bractw studenckich i okolicach szkoły w odróżnieniu od małego miasteczka Woodsboro w jedynce.

Druga część „Krzyku” jest pod niemal każdym względem słabsza od jedynki. Nie zrozumcie mnie jednak źle, to nie jest zły film. „Krzyk 2” to przyzwoity slasher, który trzyma się kupy, może wciągnąć, ogląda się bez bólu. Zabrakło jednak tutaj tej iskierki geniuszu, który sprawił, że wcześniejsza odsłona stała się takim hitem. Zabrakło tej zadziorności i pomysłowości. Dwójka jest generycznym slasherem, niespecjalnie wyróżniającym sie na tle konkurencji. Nie ma tej lekkości i humoru, co jedynka.

W tej części również mamy sporo nawiązań do filmów. Wyśmiewane są sequele horrorów i pojawiają się subtelne nawiązania do jedynki. Jest tu jednak tego znacznie mniej niż poprzednio i podane w nieco mniej błyskotliwy sposób.

Poruszana jest tu także tematyka wpływu horrorów na młode umysły. Wiecie, ekspozycja na bezsensowną przemoc czyni nieodwracalne zmiany w mózgu, które mogą skłonić młodzież do brutalnych zabójstw. Reżyser, który jest specem w horrorach ewidentnie kpi z takiej tezy. Nadmienię, że badania już dawno udowodniły brak korelacji między oglądaniem horrorów, czy graniem w brutalne gry, a skłonnością do przemocy.

Na uwagę zasługuje tu wprowadzenie filmu w filmie. „Stab” stał się od drugiej części wizytówką serii. Już scena rozpoczynająca pokaże nam, że otrzymamy intertekstualną laurkę do fanów horrorów. Oto bowiem dwójka bohaterów przychodzi do kina, w którym premierowo wyświetlany jest „Stab” będący w zasadzie pierwszą częścią krzyku odgrywaną przez innych bohaterów. Na sali kinowej widzowie poprzebierani są w maski Ghostface’a, dzierżą plastikowe noże i entuzjastycznie reagują na sceny morderstw, oraz roznegliżowane panienki. Podczas tego pokazu dochodzi do podwójnego morderstwa na oczach całego kina. Ale, gdzie szukać sprawcy, gdy całe kino jest za niego przebrane? Film w filmie wyreżyserował Robert Rodriguez, reżyser „Desperado”, czy „Od zmierzchu do świtu”.

Nieźle wypada także kilka innych scen z zabójcą i ofiarami. Gdy Randy rozmawia przed budynkiem szkoły z zabójcą, który ewidentnie jest w zasięgu jego wzroku, Dewey i Gale rozpoczynają jego poszukiwania za cel obierając wszystkie osoby, które rozmawiają przez komórkę.

Inna ciekawa scena to zabawa w kotka i myszkę Gale i Ghostfaca w studio nagraniowym pełnym korytarzy i nietłukących się szyb, gdzie postacie mogą się obserwować, ale nie mogą wejść ze sobą w interakcje.

Wrażenie robi także scena, w której Cindy bierze udział w przedstawieniu szkolnym, w którym statystuje jej kilkoro aktorów w długich szatach. W pewnym momencie zauważa, że jeden z nich nosi maskę Ghostface’a, ale scena jest tak dynamiczna, że ciężko odróżnić zabójcę od aktorów.

Przyzwoite wydaje się również zakończenie. Ciężko podrobić zaskakującą końcówkę z pierwszej części, ale twórcy postawili na twist fabularny, który łączy go z nią łączy. Nic nadzwyczajnego, co prawda, ale zgrabnie wieńczy wydarzenia.

„Krzyk 2” stanowi przyzwoitą kontynuację, ale do jedynki brakuje mu sporo. Błyskotliwa fabuła została zastąpiona typowym sequelem, ale i tak miło było zobaczyć stare twarze. Publice chyba jednak się podobało, bo kosztujący 24 miliony dolarów zarobił ich ponad 170 milionów. Na trzecią część trzeba było jednak poczekać 3 lata.

Krzyk 3

Po wydarzeniach z poprzednich części Sidney Prescott wyprowadziła się z Woodsboro do małej wioski. W tym samym czasie w Los Angeles kręcona jest trzecia część horroru „Cios” bazującego na morderstwach z Woodsoboro. W trakcie kręcenia scen dochodzi do morderstw. Ktoś zabija aktorów według kolejności, w której mają zginąć w filmie. Morderca na miejscu zbrodni zostawia fotografie matki Sidney, Maureen.

Jak to zwykle bywa w trylogiach tak i tu zadziałała zasada równi pochyłej, która mówi o tym, że każda kolejna część jest gorsza od poprzedniej.

Już sekwencja otwierająca, która stała się znakiem rozpoznawczym serii jawi się blado w porównaniu z poprzednikami. Otrzymujemy bowiem w zasadzie zwykłe morderstwo popełniane przez Ghostface’a na istotnej postaci poprzednich części. Nic ciekawego, nic błyskotliwego. Jedynym novum jest urządzenie zmieniające głos zabójcy. Owszem, ono było już w poprzednich częściach, ale w tej morderca może się podszyć pod głos dowolnej postaci, a co za tym idzie wprowadzać w błąd i manipulować podczas rozmów telefonicznych. Pomysł pewnie jawił się scenarzystom jako coś zajebistego, ale mnie zupełnie nie kupuje taki technologiczny cud.

Trzecia część skupia się na kręceniu trzeciej części „Ciosu” w wielkim studio filmowym w Los Angeles. W studio pełnym planów, na których wiernie odwzorowano główne miejsca wydarzeń poprzednich części „Krzyku”. To tu rozgrywać się będzie lwia część intrygi.

Poznajemy też kilkoro nowych bohaterów, przede wszystkim aktorów, którzy mają grać postaci z poprzednich części, m.in. Sidney, Deweya, czy Gale, a także detektywa Marka Kincaida, który będzie prowadził śledztwo w sprawie zabójstw.

I tu pojawia się pierwszy problem. Wszystkie nowe postaci są kartonowe, przerysowane i stanowią mięso armatnie, którego nie idzie po prostu polubić. Ich zgony są nam obojętne, albo wręcz kibicujemy zabójcy, który w końcu pozbywa sie irytujących postaci. Wyjątek tu może stanowić jedynie Jennifer Jolie (w tej roli Parker Posey), która jest aktorką dublującą Gale Wathers w „Ciosie 3”. Jej postać jest jedyną bardziej rozwiniętą i mimo, że początkowo irytuje, stanowi jakiś istotny element fabuły.

A cała fabuła skupia się w zasadzie na śledztwie prowadzonym przez Gale Weathers, Deweya i Jennifer Jolie właśnie. Snują się po studio filmowym, przesłuchują pracowników, węszą po archiwach i starają się ustalić, czemu morderca ma obsesję na punkcie Maureen Prescott. A w międzyczasie padają kolejne trupy.

Film trwa niemal 2 godziny, a oprócz kilku-kilkunastu scen czuć, że reszta filmu to niezbyt ciekawe zapychacze. Zakończenie, czyli odkrycie tożsamości mordercy również ani ziębi, ani grzeje. Nie jest zaskakujące tak jak w przypadku dwóch poprzednich części. Motywacje killera są tak nijakie, że w zasadzie można by podobną historyjkę przypisać do dowolnej postaci w filmie bez szkody dla fabuły.

Craven po raz kolejny zrobił film autotematyczny fabułę osadzając na planie slashera. Po raz kolejny reżyser wytyka prawidła horrorów, tym razem części trzeciej trylogii. A są to: powrót do początku i podważenie faktów, 2. zabójca jest superczłowiekiem, 3. w trzeciej części KAŻDY może zginąć i 4. należy zapomnieć o tym, co wyniosło się z przeszłości.

Podsumowując „Krzyk 3” to najsłabsza część z serii. Pomysł wyjściowy z urządzeniem pozwalającym podszyć się pod każdego jest słaby. Tekturowi bohaterowie, których los jest nam obojętny na minus. Nijaka sekwencja otwierająca i finał rozczarowują. Trójka nie jest filmem złym. Wciąż da się to oglądać z przyjemnością. Ale ogląda się go jak kolejny, wtórny, generyczny slasher jakich tysiące, a nie część serii, która zmieniła historię kina.

Twórcy też chyba poczuli, że formuła się wyczerpała, bo pomysły na część czwartą zbierali aż 11 lat.

Krzyk 4


Czwarta część „Krzyku” rozgrywa się lata po wydarzeniach poprzedniej części. Nowe pokolenie chodzi do szkoły w Woodsboro, życie toczy się spokojnie. Ale pamięć o morderstwach sprzed lat wciąż jest żywa. Powstało już siedem części „Ciosu”, a młodzież zamierza zrobić coroczny maraton horroru. Wtem miasteczkiem wstrząsa nowa fala morderstw. Starzy i nowi bohaterowie raz jeszcze będą musieli stawić czoła Ghostfacowi.

O ile dwójka wyśmiewała klisze sequela, trójka nowe zasady części wieńczącej trylogię, o tyle czwarta część skupiła się na wyszydzeniu zasad rządzących remakiem. Choć sama remakiem oczywiście nie jest, choć sporo ma wspólnego z pierwszą odsłoną cyklu. Jesteśmy zalewani remakami starającymi sie poprawić kultowe oryginały, zazwyczaj bezskutecznie. Twórcy postanowili więc wyrazić swój sprzeciw wobec odgrzewania kotletów. Odgrzewając kotlet…

Sztandarowi bohaterowie filmu dorośli. Sidney Prescott nie przypomina już nastolatki, a dojrzałą kobietę, która raz jeszcze będzie musiała zmierzyć się z traumą. Dewey Riley ponownie został policjantem, a nawet objął stanowisko miejscowego szeryfa. Gale Weathers, a właściwie Gale Weathers-Riley poślubiła Deweya, porzuciła dziennikarstwo i skupiła się na pisarstwie. Troje przyjaciół po raz kolejny będzie musiało rozwikłać zagadkę zabójstw w Woodsboro.

Pojawili się rzecz jasna także nowi bohaterowie. Sherrie, która jest kuzynką Sidney, oraz grupa jej szkolnych przyjaciół. To młodzież wychowana na smartfonach i mediach społecznościowych. W starciu z bezwzględnym zabójcą nie ma większych szans.

Czwórka to czysty hołd w stronę fanów serii i horrorów. Jest lekka, szybka i bywa błyskotliwa. Już otwierająca scena pokazuje z jaką konwencją będziemy mieli do czynienia. Bo oto bowiem jesteśmy świadkami jak dwie koleżanki wieczorem w domu odbierają telefon od mordercy. Niby nic niezwykłego, ale okazuje się, że to był tylko film oglądany wieczorem przez nastolatków. Do, których nagle dzwoni telefon od mordercy. Tyle, że okazuje się, że to też film oglądany przez nastolatków. Film w filmie w filmie. Horrorowa incepcja.

Nowi bohaterowie dają się polubić, są nieźle zagrani i bardziej realni niż zbieranina z części trzeciej. W Gale cierpiącej na niemoc twórczą odzywają się stare przyzwyczajenia i postanawia wszcząć własne śledztwo próbując wkupić się w łaski nastolatków ze szkoły. Nastolatków, którzy jeden po drugim zostają brutalnie zamordowani.

Morderstwa są proste, szybkie i krwawe. Nie ma tu jakiegoś zbędnego przerysowania. Jedno jest szczególnie krwiste, gdzie po całej jatce pozostaje pokój skąpany wprost w czerwieni, oraz wybebeszone ciało pośrodku.

Zakończenie także jest dość zaskakujące, prześmiewcze i podwójne. Godne zakończenia z pierwszej części. Bo nie zapominajmy, że czwórka jest swoistym remakiem jedynki.

Czwartą część również wyreżyserował Wes Craven. Chyba potrzebna była mu tak długa przerwa w reżyserowaniu „Krzyku”. Bo ta część, mimo, że wyśmiewa to co już było robi to w świeży i lekki sposób. Powrót serii do formy, który ogląda się jednym tchem. Na nową, piątą już odsłonę ponownie trzeba było czekać długie, jedenaście lat.

Krzyk 2022


Woodsboro, 25 lat po pierwszych morderstwach jakie wstrząsnęły miasteczkiem. Młoda Tera zostaje zaatakowana i ciężko poraniona przez mordercę w masce Ghostface’a. Okazuje się, że jej siotra skrywała pewien mroczny sekret. Teraz ona, i grupa jej przyjaciół z pomocą starych wyjadaczy będzie musiała rozwiązać zagadkę kolejnej fali morderstw.

Oczekiwania co do piątki były spore. Ale obawy też. Czy po raz kolejny powiedzie się odgrzewanie tego samego kotleta? Co nowego można opowiedzieć w cyklu, który jest dość hermetyczny. Gdzie miejsce akcji jest wciąż to samo, i morderca ten sam.

Zacznijmy od tego, że film mocno jest osadzony w naszych czasach. Smartfony wykorzystane zostały nie jako zwykły przedmiot, który posiada każdy, ale jako istotny rekwizyt filmowy mający wpływ na niektóre sceny. I nie mówię tu o dzwonieniu przez nie.

Bohaterowie już nie mówią tylko o „Piątku 13go” i „Halloween”. Wkroczyliśmy przecież w erę nowoczesnych posthorrorów. Padają tu takie tytuły jak „Babadook”, „Hereditary”, „It Follows”, czy „VVitch” Eggersa.

Nastoletni bohaterowie to świadomi młodzi ludzie, wychowani na popkulturze, którzy świetnie rozumieją prawidła jakimi posługują się horrory. Dzięki temu „Krzyk 5” to chyba najmądrzejszy slasher w historii.

Nowi bohaterowie, a także starzy wyjadacze nie popełniają głupich błędów rodem z tanich dreszczowców. Nie rozdzielają się, a trzymają razem, bądź chodzą dwójkami. Chcą dobić mordercę zamiast zostawiać go nieprzytomnym. A napaleni nastolatkowie odmawiają sobie seksu, bo wiedzą, że wstrzemięźliwość seksualna to klucz do przetrwania.

„Scream” to jak poprzednie odsłony metaslasher, ale chyba do tej pory żadna inna część nie była nim aż tak bardzo. Jest bardzo samoświadomy. Są tu dokładnie odwzorowane sceny z poprzednich części, jak np. słynna scena z garażu, w której Sidney walczyła z Ghostfacem, czy scena oglądania „Staba”, podczas której bohater mówił do ekranu „spójrz za siebie”. Niektóre z tych scen kończą się w ten sam sposób, inne w zupełnie różny. Dzięki temu nie wiemy, czego można się spodziewać.

Przejdźmy na chwilę do obsady. Aktorzy, którzy wcielili się w nowe postacie, kolejną typową paczkę przyjaciół ze szkoły poradzili sobie znakomicie. Czuć między nimi chemię, nie są wycięci z kartonu, nie przypominają bezmyślnego mięsa armatniego.

Starzy bohaterowie również się pojawią. Znajdzie się i emerytowany Dewey, i Gale Weathers z twarzą naciągniętą jakby zaraz miała pęknąć i rzecz jasna Sidney Prescott – bez niej nie byłobo „Krzyku”. Tym razem jednak nie wszyscy weterani przeżyją.

Twórcy bawią się scenariuszem, deformują klisze filmowe, odwracają konwencję i się przy tym świetnie bawią. Dawno nie widziałem tak przemyślanego scenariusza, który w tak intertekstualny sposób podchodziłby do całej serii. Mindy, jedna z młodych bohaterek, która w tym epizodzie jest nerdem od horrorów wypowiada kwestię, że to co się obecnie dzieje w Woodsboro to „requel”.

A co to jest „requel”? Jest to stworzona na potrzeby filmu definicja mówiąca o tym, że to ani reboot, ani sequel, ale opowieść odwołująca się do oryginału, z nowymi bohaterami na pierwszym planie i kilkoma dobrze już znanymi twarzami w rolach drugoplanowych. Czy to określenie przyjmie się czas pokaże, ale definicja dobrze odzwierciedla o czym jest piąta odsłona cyklu.

Scena otwierająca jest nieźle rozpisana i wyreżyserowana. Odwołuje się do części pierwszej i mimo, że w zasadzie nie zawiera żadnych fajerwerków ogląda się ją z dziką przyjemnością, gdy scenarzyści naigrywają się z bohaterki i z nas samych.

Inna scena, wprost śmieje się z widza. Jest nią przeciąganie w nieskończoność motywu z otwieraniem przez bohatera drzwi. Muzyka narasta, a my wiemy, że po zamknięciu drzwi będzie za nimi stał morderca. Tyle, że nie. I tak kilka razy.

Film jest krwawy jak zawsze, ale ponownie bez epatowania flakami. Dobrze zagrany przez młodą obsadę, pierwszoligowo nakręcony i nieprzeszarżowany. Piąta odsłona cyklu okazała się na tyle sukcesem, że już zapowiedziano część szóstą. Premiera przewidywana jest na wiosnę 2023 roku. Czy będzie ona dawała radę jak piątka czas pokaże.

Seria „Krzyk” przez 25 lat przeszła długą drogę. Pierwsza odsłona cyklu była powiewem świeżości dla skostniałego slashera. Każda kolejna była samoświadomym metafilmem bawiącym się cytatami. Były wzloty i upadki, ale chyba nikt nie powie, że któraś odsłona była nieudana. Myślę, że Wes Craven byłby dumny z franszyzy jaką zapoczątkował, a Ghostface na stałe już zasiada w panteonie slasherowych morderców między Michaelem Myersem, Jasonem Voorhisem, czy Fredem Kruegerem.

Zobacz również