
Horrory w stylu Coś Carpentera
18 marca 2026Wszyscy pamiętamy scenę z badaniem krwi w “The Thing”. To moment, w którym paranoja sięgnęła zenitu. Ale co jeśli powiem Wam, że ten sam strach przed ukrytym wewnątrz nas potworem możecie poczuć w co najmniej pięciu innych filmach, o których rzadko się mówi? Od krwawego lodowca w Alpach, po klaustrofobiczny kuter na Morzu Beringa – oto horrory, które najlepiej zrozumiały, co tak naprawdę przerażało nas u Carpentera.
Artykuł ten obejrzysz także na Youtube:
Carpenter uczył nas, że zło czai się w lodzie. Austriaccy filmowcy wzięli tę lekcję do serca, ale zamiast bieli, postawili na krwistą czerwień. Oto Blood Glacier.
Blood Glacier

Grupa naukowców pracujących w austriackich Alpach odkrywa lodowiec o czerwonym zabarwieniu. Wkrótce zaczynają napotykać dziwaczne, zmutowane zwierzęta, które z czasem stają się coraz bardziej agresywne. Rozpoczyna się gra o przetrwanie.
Blutgletscher, co oznacza Krwawy lodowiec to austriacki niezależny horror inspirowany The Thing Carpentera. Zwykły dzień pracy zmienia się w horror, gdy naukowcy odkrywają krwawy lodowiec, a jeden z badaczy zauważa w jaskini nieopodal dziwne stworzenie przypominające pająka skrzyżowanego z nietoperzem. Nikt mu nie wierzy, zrzucają winę na przemęczenie. Szybko jednak przekonują się o niebezpieczeństwie, gdy inne zmutowane stwory, coraz większe i bardziej agresywne dają o sobie znać. Atmosfera paranoi się zagęszcza, gdy padają pierwsze trupy.
Już samo miejsce akcji w tym filmie jakim jest odizolowana stacja badawcza pośród gór jest równie odległa i nieprzyjazna co Antarktyda in dziele Carpenetra. Na bohaterów czyhać będą różnorodne hybrydy od gigantycznych owadów, poprzez wielkie latające monstra z ogonami jak u skorpionów po kozły wielkości wołu. Cieszy fakt, że potwory wykonane są klasycznymi sposobami.
Ocieplenie klimatu spowodowane przez człowieka to fakt. Krwawy lodowiec pokazuje, co się może wydarzyć, gdy przez naszą działalność wieczna zmarzlina odsłoni coś na co nie jesteśmy przygotowani. Blutgletscher to solidna b-klasa z ekologicznym przesłaniem.
Szukajcie filmu także pod tytułem The Station, tylko uważajcie na fatalny, amerykański dubbing.
W Alpach mutacje były wynikiem zmian klimatu. W naszym kolejnym filmie, ewolucja poszła o krok dalej, ukrywając się tam, gdzie nie dociera światło słoneczne. Czas na “Szczelinę”.
Szczelina

Grupa żołnierzy marynarki wojennej Stanów zjednoczonych zostaje wysłana łodzią podwodną, aby sprawdzić, co się stało z inną jednostką, która zaginęła gdzieś w oceanie. Ostatecznie wyprawa trafia do jaskini ukrytej głęboko pod powierzchnią, gdzie napotyka istoty, które przeczą prawą ewolucji.
Szczelina to horror science fiction z 1990 roku, który łączy kino marynistyczne z wątkami rodem z Coś Carpenetera.
Pierwsza połowa to film marynistyczny w którym załoga łodzi podwodnej musi się mierzyć z trudami misji ratunkowej. Omijają góry lodowe, manewrują między podwodnymi gejzerami, podejmują ryzykowne manewry, które mogą uratować im życie, czy walczą z olbrzymim morskim potworem wyglądającym jak meduza na sterydach.
Klimat filmu zmienia się całkowicie, gdy bohaterowie ląduje w podwodnej jaskini. Chyba coś przeczuwają bo każdy jest uzbrojony w karabin. Szybko zostają zaatakowani przez wielkie robale z mózgami na wierzchu czające się z skalnych jamach, których ugryzienie infekuje ofiarę. Wkrótce dołączają do nich inne potwory jak wielkie węże i coś jeszcze znacznie gorszego.
Szczelina czerpie z The Thing ale robi na swój własny sposób przede wszystkim zmieniając miejsce akcji z Antarktydy na głęboką toń, która jest jednak równie niedostępna. Mimo to znajdziemy tu te same motywy jak tajemnicze potwory, organizmy pełne macek, czy infekowanie ludzi. Liczba bohaterów zmniejsza się w zastraszającym tempie, łódź podwodna wkrótce przestaje stanowić bezpieczną przystań, a należy także uważać na wewnętrznego wroga.
Film nie miał zbyt wysokiego budżetu, co wyszło mu na dobre, gdyż czuć w nim klimat bklasowych produkcji, w których potwory były pomysłowe i pociesznie gumowe.
Zostawmy na chwilę gumowe maski i niskie budżety. Co się stanie, gdy za formułę The Thing zabierze się Hollywood z wielkimi pieniędzmi i Jakiem Gyllenhaalem? Odpowiedź jest… mokra.
Life

Międzynarodowa Stacja Kosmiczna odbiera sondę z próbkami z Marsa. Sześcioosobowa załoga dokonuje przełomowego odkrycia: znajdują uśpiony, jednokomórkowy organizm, który nazywają Calvin. Problem w tym, że Calvin szybko rośnie, wykazuje niepokojącą inteligencję, morderczy instynkt i wielki głód. Załoga zostaje uwięziona w metalowej puszce na orbicie z czymś, co chce ich skonsumować, by przetrwać.
Life to w zasadzie Coś Carpentera przeniesione z lodów Antarktydy w zimną próżnię kosmosu. Schemat jest bliźniaczo podobny: mamy tu odizolowaną grupę profesjonalistów prowadzących badania nad obcym organizmem, klaustrofobiczne korytarze stacji, w których czai się napastnik i biologiczne zagrożenie, które ewoluuje na naszych oczach.
Choć Calvin został w większości wygenerowany komputerowo, a nie za pomocą klasycznych efektów jak to ma miejsce w większości filmów z tej listy jego wykonanie robi wrażenie. Jest oślizgły, mięsisty i cholernie szybki. Sceny, w których galaretowaty porrwór prześlizguje się po wąskich korytarzach, by atakować astronautów skutecznie potrafią przyspieszyć tętno. Sceny śmierci są brutalne, pomysłowe i cudownie obrzydliwe. Szczególnie jedna scena “wewnętrznego trawieni” to absolutny top ostatnich lat, gdzie krew leją się gęsto, a widza aż nieprzyjemnie ściska w żołądku. Na uwagę zasługuje także obsada, w której zobaczymy m.in. Jaka Gyllenhaala i Ryana Reynoldsa.
Napięcie budowane jest tu wzorowo. Nie ma miejsca na głupie żarty, czy chwile oddechu. Jest tylko desperacka walka o przetrwanie w środowisku, gdzie jeden błąd oznacza śmierć w próżni albo w mackach Calvina. Life to solidne, brutalne i pesymistyczne kino science fiction nakręcone jak od linijki, które trzyma za gardło aż do samego, przewrotnego finału.
Zimna próżnia kosmosu to jedno, ale prawdziwy strach zaczyna się wtedy, gdy zagrożenie puka do drzwi zwykłego, sielankowego miasteczka. Z orbity wracamy na ziemię, prosto w objęcia mgły w Snowfield.
Odwieczny wróg

Dwie siostry przyjeżdżają do malowniczego, górskiego miasteczka Snowfield w Colorado. Na miejscu zastają jednak scenariusz jak z najgorszego koszmaru: ulice są puste, a w domach znajdują jedynie zmasakrowane ciała lub ich fragmenty. Wkrótce łączą siły z lokalnym szeryfem i jego zastępcami, by odkryć, że pod miastem czai się coś, co pamięta początki ludzkości.
Odwieczny wróg to ekranizacja prozy Deana Koontza, która w swoich najlepszych momentach mocno przypomina Coś Carpentera. Mamy tu odcięte od świata, mgliste miasteczko i absolutne poczucie osaczenia. Pierwszy akt filmu to czysty horror atmosferyczny. Cisza w Snowfield jest niemal namacalna, a odkrywanie kolejnych ciał potrafi zjeżyć włos na głowie. Reżyser Joe Chappelle świetnie buduje napięcie, dopóki zagrożenie pozostaje w sferze niedopowiedzeń.
Zatrzymajcie na chwilę wideo. Spójrzcie na osobę obok albo przypomnijcie sobie ostatniego kolegę, z którym rozmawialiście. Gdyby teraz z jego klatki piersiowej wystrzeliły macki, mielibyście jakikolwiek plan ucieczki? Bohaterowie “Odwiecznego wroga” nie mieli.
Wkrótce bohaterów atakują różnorodne zmutowane potwory. Od wielkiej ćmy zjadającej ludzi, która część ofiar zostawia zakonserwowanych na później jak pająki po psa, z którego w kościele wystrzeliwują macki infekujące zebranych bohaterów. Protagoniści must stawić czoła kolektywnemu organizmowi, który zbiera wiedzę i wspomnienia każdej pochłoniętej istoty. Dochodzą do tego całkiem zgrabnie wplecione wątki biblijne.
To, co w tym filmie robi robotę, to obsada. Mamy tu młodego Bena Afflecka jako twardego szeryfa, przerażająco dziwnego Lieva Schreibera, który kradnie każdą scenę jako zastępca Waugh, oraz co jest największym zaskoczeniem legendę kina, Petera O’Toole’a. Jego głęboki głos wygłaszający pseudonaukowe teorie potrafi być hipnotyzujący.
Odwieczny wróg mimo, że powstał in 1998 roku ma klimat lat 80. Świetne, praktyczne efekty specjalne, od różnego rodzaju macek, przeobrażeń po kreatury, które wyglądają mięsiście i przekonująco. Z drugiej strony, niestety, uderza nas wczesne CGI, które w finale zdążyło się już mocno zestarzeć i momentami trąci myszką. Mimo to, klimat miasta duchów i scenografia opuszczonych budynków nadrabiają te braki, a całość wieńczy ikoniczna muzyka podkreślająca klaustrofobię górskiego kurortu.
To, co producenci zrobili z prequelem “The Thing” w 2011 roku, to zbrodnia na gatunku. Ale ta zbrodnia zrodziła zemstę. Ekipa od efektów specjalnych została upokorzona, więc wzięła sprawy w swoje ręce. Tak powstał najbardziej “carpenterowski” film ostatnich lat.
Krwawy okręt

Pamiętacie całkiem przyzwoity prequel Cosia z 2013 roku? Film był ciekawy i dość duszny, cierpiał za to na fatalne efekty komputerowe. Okazuje się, że ekipa od efektów specjalnych początkowo zrobiła je tak jak w oryginalne, czyli klasycznymi metodami. Producenci jednak stwierdzili, że nie spodobają się współczesnej publice i zastąpili je fatalnym CGI. No to ekipa od FX się wkurzyła i postanowiła nakręcić własny hołd dla The Thing, ale tym razem z potworami wykonanymi jak za starych lat.
Kuter rybacki z załogą złożona z poławiaczy krabów oraz studentów biologii morskiej przemierzając morze Beringa znajduje starą radziecką kapsułę kosmiczną, która wyciąga na pokład. Gdy kapsuła rozmarza coś z niej wypełza i kryje się na statku. Wkrótce załoga będzie musiała stawić czoła obcemu organizmowi który infekuje ludzi.
Harbineger Dawn od początku miał być odpowiedzią na Coś. Miejsce akcji jest równie mroźne i niedostępne co Antarktyda. Bazę naukową zamieniono jednak na wielki kuter pośrodku marznącego morza. Wieje wiatr, wokół kry lodowe. Nie ma dokąd uciec.
Bohaterowie wkrótce muszą zmierzyć się z wielkim obcym organizmem pełnym macek, który potrafi zmieniać kształty, a nawet upodobnić się do ludzi. Atmosfera niepewności i zaszczucia rozprzestrzenia się po klaustrofobicznych korytarzach kutra. Nikomu nie można ufać, czy jeszcze jest człowiekiem czy tylko imitacją czekającą by zaatakować.
Najmocniejszym punktem filmu prócz dusznego klimatu osaczenia są klasyczne efekty specjalne mutujących kreatur. Ludzkie ciała wypuszczające macki tryskające płynem, wielkie monstra pełne paszczy ludzi przypominające już tylko w niewielkim stopniu. A wszystko to wykonane z użyciem lateksu, a nie pikseli. Ekipa za nie odpowiedzialna Studio ADI to ta sama, która stworzyła efekty do Obcego 3 i Oby kontra Predator.
W głównej roli zobaczymy legendę kina Lance’a Henriksena, którego sam widok dodaje filmowi +10 do klimatu. Jako kapitan statku jest odpowiednio szorstki, a jego głęboki głos idealnie pasuje do opowieści o starciu z nieznanym. Reszta obsady również sobie radzi, choć to typowe mięso armatnie dla potwora, który wykańcza ich na widowiskowe sposoby.
Oczywiście czuć tutaj niski budżet, a fabuła pędzi trochę zbyt przewidywalnie. Ale hej, to b-klasa robiona przez fanów dla fanów sfinansowana na Kickstarterze. Muzyka syntezatorowa dobrze podbija tętno, a brak komputerowych potworków sprawia, że film ma ten specyficzny, brudny ciężar, którego brakuje nowoczesnym produkcjom.
Jeśli te pięć tytułów to dla Was za mało, sprawdźcie jeszcze koniecznie “The Void”, “Splinter” czy “Black Mountain Side”. Każdy z nich żeruje na tej samej paranoi, o której mówimy dzisiaj.
Na koniec wróćmy do pytania z początku: komu tak naprawdę ufacie? Te pięć filmów udowadnia, że paranoja to uniwersalny język horroru, niezależnie od tego, czy jesteśmy pod lodem, czy w kosmosie. Jeśli po tym seansie zaczniecie podejrzliwie patrzeć na swoich znajomych – moja misja została wykonana. Dajcie znać w komentarzu, który z tych filmów wykonałby u Was pozytywny test krwi, a który okazał się tanią imitacją.
Warto jeszcze wspomnieć o jednym z odcinków serialu Z Archiwum X pod tytułem Ice, który był bezpośrednim remakiem The Thing Carpentera.



