
Listopad (2017) – recenzja
2 czerwca 2026Tagi: folk horror
Reżyseria: Rainer Sarnet
Kraj produkcji: Estonia, Polska, Niderlandy
Ta ekranizacja powieści to rasowy folk horror, oraz straszny snuj. Brak tu wyraźnie zarysowanej, pędzącej fabuły, a reżyser nigdzie się nie spieszy. Zamiast klasycznego straszenia dostajemy gęsty klimat niesamowitości, magii i wszechobecnego fatum. Przede wszystkim jest to jednak niezwykle mroczna i smutna opowieść o nieszczęśliwej miłości oraz destrukcyjnym trójkącie miłosnym, osadzona w świecie, w którym żywi bez mrugnięcia okiem wieczerzają przy jednym stole ze zmarłymi.
Strona realizacyjna to mocny punkt produkcji. Czarno-biała taśma, genialna gra światłem i cieniem oraz perfekcyjne, symetryczne kadry przedstawiające gęsty las, stary cmentarz, czy niszczejące wielkie posiadłości nadają całości niesamowitego kolorytu. Reżyser kreuje na ekranie unikalny, pogański świat pełen wilkołaków, wiedźm, paktów podpisanych krwią, diabłów i zarazy. Duchy zmarłych przodków błąkają się tu po prostu jako ludzie w białych szatach, a jedną z ról gra… Dieter Laser, czyli pamiętny dr Heiter z Ludzkiej stonogi.
Najbardziej zapadającym w pamięć elementem filmu są jednak Kratty – dziwaczne, mechaniczno-magiczne konstrukty sklecone ze szrotu, patyków, kos, cepów czy krowich czaszek. Ożywione za pomocą krwawego paktu z diabłem, te groteskowe stwory posłusznie spełniają życzenia swoich wiejskich panów. Listopad to hipnotyzujące, głęboko zakorzenione w folklorze kino dla widzów, którzy nad czystą akcję przedkładają poetycki, duszny i unikalny klimat.



