Omen: Początek (2024) – recenzja

Omen: Początek (2024) – recenzja

10 kwietnia 2024 Wyłącz przez Skaras
Tagi: horrory satanistyczne

Reżyseria: Arkasha Stevenson
Kraj produkcji: USA, UK, Włochy, Kanada, Serbia

Recenzję The First Omen obejrzysz także na Youtube:

Ostatnie próby odgrzewania kultowych kotletów nie należały do udanych. “Egzorcysty: wyznawcy” nie dało się oglądać, a od “Smętarza dla zwierzaków: Początki” wiało nudą na kilometr. “Omen: Początek”, czyli prequel kultowego filmu z 1976 na szczęście nie kontynuował tego trendu. Jednak wydaje mi się, że zachwyty nad nim też są trochę na wyrost.

Fabuła filmu opowiada o Margaret, młodej Amerykance, która zostaje wysłana do Rzymu, aby zostać zakonnicą. Czekając na święcenia otrzymuje pracę w sierocińcu, w którym poznaje młodą Carlitę. Dziewczynka jest cicha i zachowuje się dziwnie. Wkrótce okazuje się, że sierociniec skrywa wiele mrocznych tajemniczwiązanych m.in. z Carlitą.

Jak widać fabuła odkrywcza specjalnie nie jest. Ot młoda kobieta po kawałku odkrywa tajemnice, które skrywa kościół (i nie, nie jest to ukrywanie pedofili). Ważne są jednak szczegóły, to co na drugim planie. Chociażby wątek odkrywania w sobie kobiecości głównej bohaterki, czy poświęceniu swego ciała służbie bogu.

Szanuję nowy Omen za nie epatowanie tanimi straszydłami i wyświechtanymi jump scares. Klimat grozy jest tu budowany zgrabnie opowiadaną historią, która im dalej w las tym się zagęszcza, gmatwa i robi, coraz bardziej mroczna.

Zasługa to wiarygodnego osadzenia historii. Film rozgrywa się w Rzymie początku lat 70tych targanym protestami i zamieszkami młodych ludzi, którzy buntują się wobec skostniałym autorytetom, w tym kościołowi. Margaret jest wiarygodnie rozpisaną ciekawą postacią z bagażem doświadczeń. Dzięki temu reżyser utrzymuje pewną dozę niedopowiedzenia. Czy przyszła zakonnica faktycznie odkryła diabelski spisek, czy też wybujała wyobraźnia płata jej figle, a przerażające wizje są efektem traumy z dzieciństwa.

Na uwagę zasługuje jednak znakomita oprawa audiowizualna, dzieki której chłonie się każdy kadr filmu. Praca kamer jest tu kreatywna, przyjemna dla oka, choć stonowana. Operator buduje napięcie samym jej ruchem, czy zbliżeniami na szczegóły, sprawnie filmuje z lotu ptaka i czuć, że ma po prostu pomysł na ten film. Sakralny klimat mrocznych tajemnic kościoła jest zgrabnie naszkicowany zbliżeniami na przerażające freski oświetlone słabym, pomarańczowym światłem. Muzyka zaś nieźle buduje klimat początku apokalipsy. Składają się na nią przede wszystkim nieprzyjemne zawodzenia kościelnych chórów wzbudzające lekki niepokój. W końcowych partiach nie zabrakło również kultowego “Ave Satani” Jerry’ego Goldsmitha.

Warto wspomnieć jeszcze o aktorce odgrywającej Margaret. Nell Tiger Free nieźle zagrała nieśmiałą, pobożną, acz dającą się polubić dziewczynę. Aktorka miała kilka bardziej wymagających scen i poradziła sobie z nimi bez wpadania w sztuczność, czy groteskę.

Niestety moim zdaniem zabrakło tu kilku mocniejszych puktów. Scen, które naprawdę zmroziłyby widza. Rzecz jasna zaserwowano garść smakowicie nakręconych scen grozy, coby wspomnieć chociażby o samospaleniu jednej z zakonnic, czy iście cronenbergowskiej scenie porodu, ale że to chyba za mało, aby stworzyć przerażający horror. Czułem się bardziej jakbym oglądał mroczniejszą wersję “Kodu DaVinci” aniżeli film, który miałby przyprawić o gęsią skórkę. W trzecim akcie nawet zacząłem się nawet nieco nudzić, tym bardziej, że fabuła szła dokładnie w tym kierunku, w którym przewidywałem.

Czy warto zatem wybrać się na “Omen: Początek”? Zdecydowanie! W zalewie słabych kinowych horrorów film ten ma do zaoferowania ciekawą historię, niezły rytm, audiowizualne smaczki i garść scen, które opływają w krwi i śluzie. Ode mnie dostaje mocne

Zobacz również