
Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma – recenzja
20 sierpnia 2026Reżyseria: Jane Schoenbrun
Kraj produkcji: Kanada, USA, UK
Byłem na przedpremierze nadchodzącego horroru Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma z Gillian Anderson, który jest metaslasherem dekonstruującym gatunek, branżę i fandom.
Kris to młoda reżyserka, która jest fanką serii Camp Miasma – franczyzy slasherów rozgrywających się w obozie nad jeziorem. Bohaterka zamierza nakręcić kolejną część. Z tej okazji wybiera się do odosobnionego obozu, w którym serię kręcono. Jest on zamieszkały jedynie przez Billy – główną bohaterkę pierwszej części sprzed 35 lat. Przybycie Kris wprowadza psychoseksualny chaos. A tajemniczy morderca znów o sobie daje znać.
Reżyserka filmu Jane Schoenbrun znana jego głównie z neonowego slowburnera I Saw the TV Glow z 2024 roku, którym jedni się zachwycali, a inni nie zostawiali na nim suchej nitki (jak ja).
Camp Miasma jest w bardzo podobnym, oniryczno-neonowym tonie. To również rasowy slowburner choć fabuły nieco tu więcej. Przede wszystkim to meta-horror. To nie jest slasher, czy nawet jego parodia, a dekonstrukcja. Zarówno samego nurtu, jego prawideł, ale również cynicznych producentów, a także samych widzów, którzy chcą oglądać po raz kolejny to samo.
Niemal cały film rozgrywa się w ośrodku nad jeziorem, w którym dwie kobiety prowadzą długie dialogi, oraz odkrywają swoją seksualność, która jest ściśle powiązana z serią slasherów. Nie oznacza to jednak, że nie dostaniemy mięcha. Oglądamy razem z bohaterkami zarówno pierwszą część Miasmy jak i ich poczynania wobec zmartwychwstałego z jeziora mordercy Mała Śmierć, czyli transsekualnego zabójcy dzierżącego włócznię z maską zrobioną z kratki wentylacyjnej. Będzie tu kilka groteskowo przerysowanych krwawych scen i fontanny krwi.
Sporo tu nawiązań do klasyki grozy. Od Piątku 13, przez Psychozę, Teksańską masakrę, aż po Videodrome. Znajdziemy kilka zabawnych momentów, które rozśmieszyły nawet mnie. Częściej zastanawiałem się jednak, z czego ludzie na sali się śmieją. Wykonanie jest senne, łzawa muzyka dla nastolatków mnie nie przekonała, a Gillian Anderson w roli Billy jest dość nijaka.
Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma to film raczej dla wąskiego grona. Intelektualistów doszukujących się w kinie grozy trzeciego dna. Czyli nie dla mnie. Ja jestem prostym człowiekiem nastawionym na prostą rozrywkę. Z dekonstrukcji slasherów zdecydowanie bardziej do mnie przemawia takie In a Violent Nature, a nie arthousowy snuj o lesbijkach. Ale to tylko moje zdanie. Dzieło Schoenbrun zbiera bardzo wysokie oceny. Jeśli weszło Wam I Saw a TV Glow koniecznie idźcie na niego do kina. A reszta? Wybór pozostawiam Wam.
Polska premiera 4 września.



