Resident Evil (2026) – recenzja
25 września 2026Tagi: czarna komedia, horrory o zombie, monster movie, survival horror
Reżyseria: Zach Cregger
Kraj produkcji: Niemcy, USA, Czechy, UKanada, Australia, Nowa Zelandia, Francja
Wyobraźcie sobie film, w którym wybuchają łby, flaki są prute, krew tryska na wszystkie strony, klimat osaczenia dusi za gardło, a wy… co chwilę parskacie śmiechem. Brzmi jak abstrakcja? A to po prostu nowy Resident Evil. Reżyser Barbariana dowiózł nam czystą, nieskrępowaną rozrywkę, po której wszystkim puściły z zachwytu zwieracze. Warto było czekać! Zapraszam do recenzji bez spojlerów.
Kurier medyczny Bryan dostaje zlecenie przewiezienia tajemniczego pakunku do Raccoon City – odizolowanego miasta pośród gór. Przedzierając się przez zamieć potrąca kobietę. Poszkodowana szybko zmienia się w ogarniętą szałem maszynę do zabijania. Wkrótce Bryan będzie musiał stawić czoła armii krwiożerczych mutantów.
Seria Resident Evil nie ma łatwego życia jeśli chodzi o adaptacje. Pierwsza część z Milą Jovovich były kiepską ekranizacją, ale miała kilka fajnych scen. Każda kolejna zjeżdżała po równi pohyłej, a ostatnie odsłony to już dno pokroju 1/10. Resident Evil: Welcome to Raccoon City z 2021 roku obiecywało dobry film i wierność grom. No i wyszedł sromotny kupsztal.
No i teraz wchodzi Zach Cregger, reżyser ciepło przyjętego Barbariana, oraz zeszłorocznego hitu Weapons. Oczekiwania są duże. Gdy pojawia się zwiastun optymizm opada. No nie wygląda on dobrze, nie zajawia odpowiednio.
Gdy dochodzi do dnia premiery nagle wszystkim puszczają z zachwytu zwieracze. Czy są ku temu powody?
Przede wsszystkim film Creggera luźno traktuje materiał źródłowy. Olewa lore, choć poczujemy klimat Residentów. Poznajemy Bryana, który samochodem wozi organy do przeszczepów między szpitalami. Pewnego wieczoru dostaje zlecenie ekstra, musi dojechać do Raccoon City z tajemnicza przesyłką. Na drodze potrąca dziwnie zachowującą się kobietę, która wkrótce go atakuje. Zakoszonym z radiowozu pistoletem sobie z nią radzi i rusza na pobliską farmę. Tam rozpoczyna się koszmar.
Pierwsze, co rzuca się w oczy to humor. Nie przesłyszeliście się, nowy Resident ma całkiem komediowy vibe. Nie jest to komedia, ale sporo to humorystycznych scen. Po prostu bywa zabawny. Nie wali gagami na lewo i prawo, a jedynie jakimiś lżejszymi dialogami, czy sytuacjami, które mogłyby się wydarzyć naprawdę. Nieco slapsticku, ale w granicach dobrego smaku. Po prostu główny bohater nie jest zbyt bystry. I nie tylko on. Aż dziw bierze że w poważnym, krwawym horrorze udało się upchnąć nienachalny humor. Czapki z głów.
Ale to także pełnoprawny horror. Reżyser sprawnie buduje klimat osaczenia i zagrożenia. Z jednej strony za sprawą osamotnienia głównego bohatera, gdyż przez większość filmu działa zupełnie sam. Ale też dzięki klimatycznym lokacjom. Z początku jest to odludzie pośrodku lasu w środku zimy z samotną farmą pośrodku. Atmosfera braku pomocy czy możliwości ucieczek wprost wylewa się z ekranu. Później przenosimy się do sporego wyludnionego miasteczka z masą kamienic, wieżowców i kanałów. I mimo tego wciąż jest klaustrofobicznie. Czujemy to zaszczucie bohatera na każdym kroku. Prócz gestego klimatu otrzymamy kilka niezlych jump scarów, które tym razem potrafią być naprawdę niespodziewane, czy kreatywne. No i w końcu dochodzą krwawe sceny. Łby wybuchają, kończyny są urywane, flaki prute, a krew tryska na wszystkie strony. Miodzio.
Sam film też jest nieco jak gra. Bohater dość liniowo idzie od lokacji do lokacji, eksploruje pomieszczenia, w których można znaleźć zapasy, ale w których może też czaić się zagrożenie. Zamienia także pukawki na coraz większe. Wątek survivalowy jest dość mocno zarysowany i ogląda się to bardzo dobrze.
Wykonanie jest zadowalające, choć nie zobaczymy niewiadomo jakiego audiowizualnego arcydzieła. Jest po prostu poprawnie. Co do aktorstwa to jest to w zasadzie film jednego aktora, więc cały ciężar prowadzenia fabuły spoczywa na jego barkach. I muszę przyznać, że znany z Weapons Austin Abrams poradził sobie bezproblemowo. Kibicujemy mu bo to taki trochę nieporadny zwykły facet, który ma niezwykłą wymówkę, czemu właśnie się spóżnił do pracy.
Fajnie wypadają też potwory. To już nie jest klasyczny film o zombie jak do tej pory, a monster movie. I może i dobrze. Potwory bywają naprawdę kreatywnie zaprojektowane. Wiele kończyn, dziwny sposób poruszania się, macki, otwierające się głowy, napuchnięte cielska, zdolności specjalne jak w grze. Sporo się tu dzieje. Oczywiście większość potworów niestety została wygenerowana komputerowo. Nieco szkoda. Carpenter 45 lat teu zrobił to samo za grosze, a wygląda 100 razy lepiej.
Film oczywiście ma swoje uproszczenia. Jak chociażmy streszczenie całej kryzysowej sytuacji w jednym krótkim (acz zabawnym) dialogu. Sorry ale nikt się nie tłumaczy się kurierowi z super tajnych rządowych projektów. Zapewne, gdyby film potrwał odrobinę dłużej takie uproszczenia nie byłyby potrzebne.
Resident Evil Zacha Creggera to porządny horror. Straszy, bawi, dostarcza rozrywki. Nie ma chwili przestoju akcji. Ciągle się coś dzieje. To nie jest kolejny elevated horror z przesłaniem. To czysta, niczym nie skrępowana rozrywka. Końcówka zaś to rozdmuchany, przerysowany, ale satysfakcjonujący body horror. Nieco jak w Substancji. Ja bawiłem się pierwszorzędnie i to chyba najlepsza ekranizacja gry jaką widziałem.



