
Towarzystwo (1989) – recenzja
22 maja 2026Tagi: body horror, czarna komedia
Reżyseria: Brian Yuzna
Kraj produkcji: USA
Nastoletni Billy, mieszka z rodzicami i siostrą w niezwykle snobistycznej dzielnicy Beverly Hills. Chłopak nie potrafi się tam odnaleźć, cierpi na powracające halucynacje i lęki, bliscy z każdym dniem wydają mu się coraz bardziej obcymi ludźmi, a całe jego otoczenie zdaje się być jedną wielką mistyfikacją. Sytuacja pogarsza się drastycznie, gdy w tajemniczych okolicznościach ginie jego najlepszy przyjaciel, a on sam poznaje atrakcyjną Clarissę i zaczyna odkrywać, że elitarny świat bogaczy kryje w sobie przerażający, wielopoziomowy spisek.
Towarzysto to film, który w idealnych proporcjach łączy ze sobą atmosferę paranoi, społeczną satyrę i najbardziej odjechany body horror w historii kina.
Przez większość czasu trwania seansu Yuzna serwuje nam intrygującą opowieść, w której wyraźnie czuć komediowo-groteskowy klimat, przypominający specyficzny ton komedii “Same kłopoty” Dana Aykroyda. Czystego horroru w tradycyjnym wydaniu jest tu z początku stosunkowo niewiele, bo twórcy skupiają się na budowaniu dusznej atmosfery osaczenia i niepewności. Wszystko to służy jednak jako genialna cisza przed burzą, która prowadzi nas wprost do finału. To, co dzieje się w końcówce filmu, to absolutny spektakl wynaturzeń i efektów praktycznych, przywodzący na myśl szalone projekty z “Basket Case 2”. Twórcy efektów specjalnych stworzyli tu bodyhorrorowe grand finale, które powstało na długie dekady przed głośną “Substancją” Coralie Fargeat, a i tak do dziś potrafi zszokować nawet najbardziej odpornych widzów.
Ta legendarna sekwencja to istna orgia powykręcanego mięsa, w której ludzkie ciała topią się, łączą i formują w groteskowo wynaturzone potwory. Na ekranie królują stwory z rękoma zamiast głów czy postacie z twarzą w miejscu tyłka, co idealnie dosłownie i w przenośni obrazuje, jak elity wysysają i traktują klasę robotniczą. Mimo tej makabrycznej otoczki, “Towarzystwo” pozostaje filmem stosunkowo lekkim w odbiorze dzięki swojej komiksowo przerysowanej formie. To absolutny klasyk kina klasy B i pozycja obowiązkowa dla każdego fana gumowych, ociekających śluzem horrorów lat 80., który udowadnia, że prawdziwe potwory z wyższych sfer potrafią zafundować nam jazdę bez trzymanki.



