
Projekt Hail Mary (2026) – recenzja
26 marca 2026Tagi: science fiction
Reżyseria: Phil Lord, Christopher Miller
Kraj produkcji: USA
Słońce umiera. Jedyny ratunek dla świata spoczywa w rękach Rylanda, który zostaje wysłany w daleką misję kosmiczną do innego systemu gwiezdnego. Na miejscu poznaje kosmitę Rocky’ego, którego świat boryka się z podobnym problemem.
Projekt Hail Mary to chyba najbardziej przehajpowany film ostatnich lat. Ocena w okolicach ósemki (Filmweb, imdb) sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z dziełem niezwykłym. Niestety film ten to co najwyżej przeciętniak postawiony na błachych wątkach i wyświechtanych fundamentach. To miks motywów znanych z Interstellar, Arrival, czy nawet ET tyle, że każdy z wymienionych filmów jest znacznie lepszy.
Produkcja z Goslingiem jest zdecydowanie zbyt długa. 156 minut to zdecydowanie zbyt długo jeśli twórcy od czasu do czasu nie podsuwają nam jakiejś sceny akcji. Jesteśmy zmuszeni obserwować niezbyt ekscytującą podróż Rylanda, długie próby komunikacji z Rockym, czy nieciekawie przedstawione wydarzenia z przeszłości tłumaczące, czemu nasz świat umiera i jak to się stało, że Ryland wyruszył w długą podróż.
Nie pomaga także humor i ogólny wydźwięk filmu familijnego. To nie jest realistyczne sci-fi, a luźna przypowieść o przyjaźni między bardzo obcymi sobie gatunkami. Realizacyjnie jest znośnie, choć znów nie znalazłem tu elementu, który mógłby uchodzić za prawdziwą sztuką: ani praca kamer, ani montaż, ani CGI, ani aktorstwo Goslinga, czy w końcu denerwująca pompatyczna muzyka nie wzniosły się na żadne wyżyny. Jest poprawnie i tyle. Do maestrii audiowizualnej Interstellar, czy chociażby Grawitacji bardzo daleko.
Być może gdybym miał 12 lat Projekt Hail Mary by mi się bardziej spodobał. A tak niezmiernie się wynudziłem. W zasadzie w tym blockbusterze science fiction najmniej jest właśnie wątków sci-fi. Jest film kumpelski, jest komedia, ale z fikcji naukowej została tylko otoczka.



