Monster Squad (1987)

Monster Squad (1987)

20 maja 2022 Wyłącz przez Skaras
Tagi: monster movie, najlepsze horrory

Reżyseria: Fred Dekker
Kraj: USA

Recenzję Monster Squad obejrzysz także na Youtube:

Dziś opowiem Wam o horrorze, w którym jednocześnie pojawia się potwór Frankensteina, mumia, Dracula, wilkołak i Potwór z Czarnej Laguny. Horrorze od twórców „Predatora”. Protoplaście „Stranger Things”. O kultowym filmie z lat 80tych, który zmienił dzieciństwo niejednego fana horrorów. O nostalgicznej podróży do czasów deskorolek, komiksów i domków na drzewie. A także młodocianej fascynacji wszystkimi potwornościami.

W małym amerykańskim miasteczku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Z miejscowego muzeum zostaje wykradziona egipska mumia, a na komisariat przybywa mężczyzna twierdzący, że jest wilkołakiem. Paczka znajomych z pobliskiej szkoły, która założyła klub potworów będzie musiała przyjrzeć się całej sprawie. Czeka na nich wielkie niebezpieczeństwo.

„Monster Squad” z 1987 roku w Polsce wydany pod tytułem „Łowcy potworów” to amerykański miks gatunkowy w reżyserii Freda Dekkera. Powinniście gościa kojarzyć z niezłego horroru science fiction o pasożytach z kosmosu „Night of the Creeps„, o którym kiedyś kręciłem recenzję, oraz trzeciej części „Robocopa”.

Dekker był także scenarzystą filmu do spółki z Shanem Blackiem. Powinna się teraz zapalić lampka fanom horrorów. Bo duet Dekker/Black byli także scenarzystami do „Predatora”. Nie mówię jednak o klasyku z Arnim, ale o średnim sequelu z 2018 roku.

„Monster Squad” eksploatuje klasyczne potwory Universalu. Już scena otwierająca mówi nam, że ktoś dobrze odrobił lekcję. Widzimy bowiem klasyczny gotycki cmentarz podczas pełni księżyca. W oddali wyje wilk, a rozwścieczony tłum z pochodniami idzie do starego zamczyska. Widać, że scena ta została nakręcona umiejętnie przez kogoś kto najpierw musiał zobaczyć dziesiątki horrorów Universalu, czy Hammera.

Następnie akcja przenosi się do współczesności. Poznajemy dwóch nastolatków – Seana i Patricka, którzy w domku na drzewie założyli klub potworów. Do klubu należy także otyły Horace. Dołącza do niego również nieco starszy od reszty buntownik Rudy.

Ekipa przesiaduje razem na domku na drzewie wyłożonym plakatami klasycznych horrorów. Wprawne oko dostrzeże tam postery takich klasyków jak „Powrót żywych trupów”, „Vampire Circus”, „Zombie”, czy „The Being”. Siedzą tam, dyskutują o horrorach, o sposobach zabicia wilkołaka. No i podglądają gorącą siostrę Patricka Emily.

No dobra, ale o co w ogóle chodzi w filmie? Okazuje się, że Dracula żyje i chce zniszczyć pewien klejnot mający moc pokonania zła. Do tego celu werbuje monstra z klasycznych filmów Universalu: „Frankensteina” z 1931 roku, „Mumii” z 1932 roku, „Wilkołaka” z 1941 roku, oraz z „Potwora z Czarnej Laguny” z 1954 roku.

A, co z tym wspólnego ma Klub Potworów? Dochodzą do nich wieści, że z pobliskiego muzeum zniknęła mumia, a jakiś szalony mężczyzna podający się za wilkołaka zaatakował posterunek policji. Ekipa dodaje dwa do dwóch i już wie, że miasto opanowały potwory.

Dzieciaki zdobywają nawet dziennik samego Abrahama Van Helsinga, ale jest pewien problem. Napisany jest po niemiecku. Ale Łowcy Potworów poradzą sobie i z tym. Z dziennika dowiadują się o tajemniczym klejnocie mogącym pokonać zło i tym samym wchodzą w konflikt interesów z Draculą i jego watahą.

Jak widać „Monster Squad” to klasyczna opowieść walki dobra ze złem ubrana w szaty kina nowej przygody w horrorowym kostiumie. Co więcej wprawny widz już na pierwszy rzut oka dostrzeże podobieństwa z kultowym filmem „Goonies” i nie jest to oczywiście przypadek, gdyż twórcy „Monster Squad” silnie na nim bazowali.

Mamy grupę dzieciaków, która rusza z niebezpieczną misją, mamy podobne archetypy postaci, starą jaskinię z wysuszonym trupem i rzecz jasna skarbem. Mamy nawet odpowiednik Slotha. Mary Ellen Trainor, która gra matkę dwójki głównych bohaterów grała również taką samą rolę w „Goonies”. I ja nie twierdzę, że te podobieństwa, że to jakaś wada, bo horrorowa wersja „Goonies” także daje radę.

Na szczególną uwagę zasługują tu potwory. Wykonało je studio Stana Winstona, które dało nam zarówno „Terminatora”, „Obcego” czy „Park Jurajski”. Jeśli poczuliście, że tytuł tej recenzji to clickbait to nadmienię, że Stan Winston był odpowiedzialny za projekt i wykonanie oryginalnego kostiumu „Predatora” z 1987 roku.

Mumia jest odpowiednio koślawa i wysuszona. Potwór z Czarnej Laguny odpowiednio gumowy i wodnisty. Frankenstein odbiega natomiast wyglądem nieco od kreacji Jacka Pierce’a z 1931 roku, którą nosił Boris Karloff. Spowodowane jest to prawami do wyglądu potwora, które dzierży Universal, aż do 2026 roku. Wygląd Potwora jest więc trochę jak skrzyżowanie jego wersji z lat 30tych z wersją Hammerowską z serii zapoczątkowanej z 1970 roku. Mamy tu nawet parafrazę słynnej sceny z oryginalnego „Frankensteina”, gdy potwór spotyka dziewczynkę nad stawem. Ale jak się ona kończy będziecie musieli sprawdzić sami.

Wilkołak i jego tranformacja również wykonane są elegancko. Jego wygląd wzorowany jest na Lonie Channeyu z filmu z 41 roku, więc ma płaski pysk, a nie jak przyzwyczaiły nas późniejsze horrory wydłużony jak u wilka.

Jedynie sam książę Dracula mnie nie przekonuje. Jego kreacja w wykonaniu Duncana Regehra zbyt mało przypomina tą jaką wykreował Bela Lugosi w filmie z 31 roku. Gość nie pasuje wyglądem i gra zbyt sztywno, choć o jego kostiumie złego słowa nie powiem.

Fabuła skupia się na losach dzieciaków, bieganinie po mieście, znajdowania tropów, czy testowaniu sposobów uśmiercania bestii znanych z popularnych horrorów. Film posiada fajny klimat lat 80tych. Wiecie, dziwne fryzury, deskorolki, klimat małego miasteczka i charakterystyczna muzyka.

No właśnie, muzyka. 80sowe hity dziś trochę trącą serem. Można było dobrać zdecydowanie lepsze kawałki, bardziej wpadające w ucho, czy nawiązujące do horrorów, a tak dostajemy dość miałkie piosenki, o których zaraz zapominamy. Ale do muzyki czysto filmowej nie można się przyczepić. Jest inspirowana soundtrackami klasycznych horrorów od Universalu po Psychozę.

Ciężko nie odnieść wrażenia, że twórcy Netflixowego serialu „Stranger Things” w jakiś sposób nie wzorowali się na „Łowcach Potworów”. Deskorolki zamieniono na rowery, a klasyczne monstra na potwory z innego wymiaru. Trzon opowieści pozostaje jednak bliźniaczy.

Zakończenie „Monster Squad” jest zaś zakoszone z „Martwego Zła 2”, ale jak zawsze mówię: jak kraść to od najlepszych.

„Monster Squad” niestety nie powtórzył sukcesu jaki dwa lata wcześniej osiągnął „Goonies”. Film w kinach zarobił marne 4 miliony dolarów i został zesłany na rynek VHS…  gdzie jak to często bywało zyskał drugie życie i status filmu kultowego.

Obecnie, gdy mam 36 lat seans „Łowców Potworów” nie zrobił na mnie większego wrażenia, choć miło go sobie było odświeżyć. Jednak gdy go oglądałem jako trzynastoletni fan horrorów wyrywał mnie z butów. Jeśli nie widzieliście go za dzieciaka teraz pewnie określilibyście go jako trącący myszką kicz dla nastolatków.

Zobacz również