Grzesznicy nie zaznają spokoju (2026) – recenzja
23 października 2026XIX wiek, Wyspy Owcze. Mieszkający z matką w małej osadzie nastoletni rybak Baldur zaprzyjaźnia się z duńskim wielorybnikiem Helge. Przyjaźń szybko przeradza się w miłość, którą kończy wypadek na statku. Helge zostaje pochowany, ale Baldur nie wciąż nie może o nim zapomnieć.
“Grzesznicy nie zaznają spokoju” to folkhorror z Wysp Owczych, co już samo w sobie stanowi gratkę dla fanów ludowej grozy. To, co od razu rzuca się w oczy to piękne zdjęcia Wysp Owczych smaganych przez fale i osnutych mgłą. Zielone góry, kamienne chaty i ludzie o twardych obliczach starający się przetrwać.
Lwia część filmu skupia się na rodzącym się związku między młodym rybakiem, a starszym wielorybnikiem. Jeśli ktoś nie lubi romansów, może się tu nieco wynudzić. Śmierć Helge jest punktem zwrotnym, po którym na scenę wkracza nadnaturalna groza z lokalnych legend. Niestety wątek horrorowy, mimo, że nawet ciekawy nie przyspiesza akcji, nie straszy, nie brzydzi. Jednym słowem: nie wywołuje żadnych emocji.
“Grzesznicy nie zaznają spokoju” to rasowy snuj, który urzeka warstwą audiowizualną i niczym więcej. To bardziej nadnaturalny romans, aniżeli horror z prawdziwego zdarzenia. Wielu osobom z pewnością podpasuje, ja w kinie grozy szukam jednak czegoś innego. Z bardzo podobnych klimatów szczerze polecam zeszłoroczny The Damned, który rozgrywa się w niemal identycznej scenerii, ale twórcy postawili na klimat i straszenie.



