Martwe zło ogień – recenzja

Martwe zło ogień – recenzja

10 lipca 2026 Wyłącz przez Łukasz Karaś
Ocena: 7/10
Tagi: horrory gore, horrory o demonach, horrory o opętaniu

Reżyseria: Sébastien Vanicek
Kraj produkcji: Nowa Zelandia, USA, Kanada

William, mąż Alice (w tej roli Souheila Yacoub, znana z filmu Climax), ginie w tragicznym wypadku samochodowym. Krótko po pogrzebie rodzina zmarłego wyrusza do odizolowanej posiadłości pośrodku lasu, a ciężka atmosfera wisi w powietrzu od samego początku. Szybko na powierzchnię wypływają rodzinne brudy. Wkrótce jednak ten gęsty od pretensji konflikt musi zejść na drugi plan. Kiedy z oldschoolowego magnetofonu szpulowego odtworzone zostaje nagranie o przeklętej księdze Necronomicon, starożytne siły obierają sobie za cel zebranych domowników. Rodzina, w skład której wchodzi ojciec, matka, brat, jego dziewczyna i cierpiąca na demencję babcia, jeden po drugim zamieniani są w demony, atakując pozostałych przy życiu. Trzeba przyznać, że z tej wyjątkowo antypatycznej grupy (zarówno za życia, jak i po śmierci), jedynie Alice da się polubić, gdy zdesperowana bierze sprawy we własne ręce.

Film Martwe Zło Ogień wyreżyserował Sebastian Vanicek, odpowiedzialny za całkiem udany horror Robactwo z 2023 roku. Reżyser nie bawi się w powolne budowanie postaci czy relacji. Dzieje się tu dużo od samego początku i tempo nie zwalnia aż do końca. To pozbawiona czarnego humoru, surowa opowieść o zderzeniu żałoby ze starciem z demonicznymi siłami. Nie uświadczymy tu napięcia, suspensu, zaszczucia ani wszechobecnego lęku. Zamiast tego na ekranie dominuje brutalna i krwawa rozrywka. Ciekawska kamera nie odwraca wzroku od potworności, serwując nam gigantyczne zbliżenia w pełnym świetle. Odcinane głowy, przepołowione ciała, gotowanie żywcem, podrzynanie gardeł, roztrzaskiwanie czaszek czy rozrywanie torsów, wszystko to zrealizowano klasycznymi metodami przy pomocy mięsistych protez i hektolitrów sztucznej juchy. Krwawe starcia z deaditami są wyreżyserowane wybornie. W ruch idzie kosiarka do trawy, a znana ze zwiastuna scena w samochodzie z zagłówkiem wbijanym w głowę robi piekielne wrażenie.

Video nasties: zakazane filmy książka

Całą tę trwającą 110 minut rzeźnię podbija świetnie przemyślana strona techniczna. Powraca znana i lubiana praca kamery, sunącej przez las z punktu widzenia demona. Dynamiczny, ale nieteledyskowy montaż w odpowiednich momentach podkręca tempo, a wszystko to potęguje głośna, bucząca i niepokojąca muzyka. Cieszy również to, że choć od czasu do czasu dostaniemy jakiś jump scare, reżyser z nimi nie przesadza. Niestety, pod względem fabularnym Martwe Zło Ogień wydało mi się banalne, mało angażujące i wtórne. O ile było to do zaakceptowania w pierwszej części, tak przy szóstej odsłonie serii miejscami wiało po prostu nudą, mimo że na ekranie non stop trwała jatka. Na Evil Dead Rise bawiłem się jednak nieco lepiej, w dużej mierze za sprawą powiewu świeżości, jakim był miejski, opuszczony blok mieszkalny. Tutaj znów wracamy do klasycznego drewnianego domu otoczonego lasem.

Podsumowując Martwe Zło Ogień sprowadza się do jednego wniosku: bawiłem się dobrze, było niezwykle krwawo i żwawo, a efekty praktyczne to czysta poezja. Fabularnie liczyłem na coś więcej, ale dla wielbicieli gore i wiernych fanów cyklu to wciąż pozycja absolutnie obowiązkowa. I ważna uwaga na koniec: pamiętajcie o scenie po napisach!

Zobacz również