Toolbox Murders – oryginał czy remake

Toolbox Murders – oryginał czy remake

19 marca 2022 Wyłącz przez Skaras
Tagi: remaki horrorów, slashery

Dziś omówimy sobie mało znany amerykański slasher „The Toolbox Murders” z 1978 roku i porównamy go z jego równie mało znanym remakiem. Filmy zapomniane, a niesłusznie, gdyż jeden trafił na listę najbardziej zakazanych horrorów w Wielkiej Brytanii, a drugi został wyreżyserowany przez twórcę „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”.

Zamaskowany seryjny morderca grasuje po bloku mieszkalnym i za pomocą narzędzi remontowych zabija młode, atrakcyjne kobiety. Laurie jest kolejnym celem ataku maniaka, ale ten zamiast pozbawić ją życia postanawia ją porwać. Policja wszczyna dochodzenie. Swoje prywatne śledztwo podejmuje także Joey, bray porwanej dziewczyny wraz ze swym kolegą Kentem.

„The Toolbox Murders” to amerykański horror z 1978 roku, który wyreżyserował Dennis Donnelly mający na koncie jedynie telewizyjne seriale.

Pierwsze kilkanaście minut filmu to rasowy slasher. Co więcej, nakręcony na podstawie prawdziwej historii mordercy z Michigan, który zabijał ofiary używając narzędzi. „The Toolbox Murders” zostało zrealizowane po sukcesie „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną” Tobe’a Hoopera z 1974 roku. Producent liczył, że film podwórzy sukces dzieła z Teksasu.

Film opowiada o psychopatycznym mordercy włamującym się do mieszkań atrakcyjnych kobiet, które z zaskoczenia pozbawia je życia wykorzystując do tego narzędzia przechowywane w metalowej skrzynce. W ruch idzie zarówno wiertarka, młotek, jak i pistolet na gwoździe.

Po tych wydarzeniach film zmienia zarówno tempo jak i atmosferę przemieniając się w thriller detektywistyczny, w którym z jednej strony śledzimy katusze porwanej Laurie, a z drugiej śledztwo mające na celu odkryć tożsamość psychopaty i uratować dziewczynę.

Po dynamicznym i brutalnym początku filmu następuje nieco zbyt stonowana środkowa część, w której niestety dzieje się niewiele. Tempo siada, gdy śledzimy przeciągnięte sceny, w których porywacz prowadzi długi monolog do Laurie. Motyw śledztwa również nie jest poprowadzony interesująco. Ten fragment wręcz domagał się jeszcze dwóch, trzech żwawszych momentów np. w postaci kolejnych morderstw. Na szczęście końcowe partie filmu znów przyspieszają, gdy reżyser odkrywa wszystkie karty.

Mimo, że tożsamość porywacza poznajemy już w połowie filmu to jednak jego motywacje nie są tak oczywiste jak mogłoby się wydawać. Zakończenie „Toolbox Murders” natomiast jest zaskakujące, mroczne i pesymistyczne.

Film trafił w 1982 roku na listę video nasties i nic w tym dziwnego. Mimo, że sceny morderstw z pierwszego aktu filmu nie są przesadnie przerysowane to ich brutalność i bezcelowość szokowała krytyków. Krew kilka razy poleje się obficie, a nie zapominajmy także o scenie palenia żywcem, czy gwałcie z końcówki.

Co prawda kamera sprytnie stara się odwracać swe mechaniczne oko od anatomicznych szczegółów, ale dla cenzury i tak były one nie do przełknięcia. Krytycy protestowali pisząc o jego mizoginizmie, ukazywaniu scen znęcanie się nad kobietami i eksploatacji ich ciała.

Warto dodać, że w roli wujka Kenta, który jest dozorcą bloku zobaczymy Camerona Mitchella – weterana kina, który ma na koncie ponad 240 ról.

Film w 2004 roku doczekał się remaku w reżyserii Tobe’a Hoopera.

Stary hotel dla hollywoodzkich gwiazd zostaje przerobiony na blok mieszkalny. Wprowadza się do niego młoda dziewczyna Angela. Poznaje nowych sąsiadów, właściciela, portiera, oraz ponurego faceta od napraw. Cienkie ściany i odpadająca farba to nie jedyne zmartwienie nowej lokatorki. Ktoś bowiem zabija mieszkańców przy pomocy narzędzi robotniczych.

Tobe Hooper to idealny reżyser do remaku klasycznego slashera. W końcu był jednym z pionierów tego gatunku tworząc dwie części „Teksańskiej Masakry”.

W odróżnieniu jednak od pierwowzoru Tobe przeniósł fabułę do starego hotelu. Hotelu, w którym niegdyś mieszkały gwiazdy kina. Jest to całkiem klimatyczne miejscem na osadzenie akcji. Odrapany, obskurny, wyludniony budynek z wieloma mrocznymi korytarzami i niewyremontowanymi piętrami skrywający okultystyczny sekret. Gdyż jego twórca, który był architektonicznym geniuszem umieścił wewnątrz budynku magiczne symbole. A to nie jedyna tajemnica budowli.

W hotelu tym jednym z nielicznych mieszkańców jest Angela, która się właśnie wprowadziła. To ona jako jedyna usłyszy niepokojące hałasy przez cienkie ściany i samotnie będzie musiała zbadać ich pochodzenie. Dziewczyna domyśla się, że ktoś czai się w budynku eliminując sąsiadów.

Zabójstw co prawda nie ma dużo, ale są różnorodne i krwawe. Tak jak w oryginale pójdą w ruch i młotek, i wiertarka, i pistolet do gwoździe. Tutaj są jednak lepiej zaaranżowane niż w wersji z 1978 roku. Krew raźniej zdobi okolice miejsca mordu, a w końcowej konfrontacji w norze mordercy otrzymamy także kilka smaczków, których wcześniej nie widzieliśmy: topienie twarzy wapnem, uśmiercanie sekatorem, czy diaksem.

Sam czarny charakter również jest znacznie ciekawszy od tego z oryginału. Jego wygląd zewnętrzny jest odrażający. Charakteryzacja okaleczonej twarzy stoi na wysokim poziomie, a historia i motywacja łączące się z samym budynkiem hotelu nadają mu złowieszczego mistycyzmu.

Film rozpoczyna się od kilku morderstw, by nieco wyhamować z tempem w środkowej partii – zupełnie jak w wersji z 1978, ale końcówka jest ciekawsza, dłuższa i bardziej rozbudowana niż w oryginale. Konfrontacja z zabójcą w jego kryjówce jest brutalna, długa i satysfakcjonująca.

Oba filmy mają swoje zalety jak i wady. Wersja z 1978 roku miała pomysł na slasher, w którym zabójca eliminuje ofiary za pomocą narzędzi, ale po kilkunastu minutach całkowicie zmienia konwencję stając się psychologicznym thrillerem z kilkoma dłużyznami. Remake podejmuje ten temat, ale rozwija go w pełnoprawny slasher naprawiając to, co nie do końca działało w oryginale, czyli zmianę konwencji, niespieszne tempo, oraz zakończenie.

Oryginał otrzymuje ode mnie 5/10 a jego remake ocenę wyżej.

Zobacz również