W kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku… ale na dnie oceanu, w opuszczonym wieżowcu czy w tajnym laboratorium, ten krzyk będzie ostatnią rzeczą, jaką wydasz z siebie przed śmiercią. Każdy z nas zna ‘Obcego’ Ridleya Scotta, ale co jeśli powiem wam, że istnieją filmy, które równie bezczelnie, co genialnie kopiują tę formułę, tworząc własne, brutalne i duszne wizje przetrwania? Dziś odkurzamy zapomniane perły kina grozy, gdzie klaustrofobia spotyka się z biomechanicznym koszmarem.
Materiał o horrorach w stylu Obcego obejrzysz także na Youtube:
Maszyna śmierci
Psychopatyczny genialny naukowiec Jack Dante uruchamia we wnętrzu wielkiego wieżowca śmiertelnie niebezpiecznego robota, który zaczyna grasować po jego korytarzach w poszukiwaniu ofiar. W tym samym czasie do budynku włamują się złodzieje za zakładników biorąc szefową korporacji Ely. Wkrótce wszyscy będą musieli walczyć z polującym robotem.
Jeśli kochasz klimat industrialnego koszmaru i tęsknisz za czasami, gdy horrory sci-fi nie wstydziły się swoich inspiracji, Maszyna śmierci to pozycja, którą musisz odkurzyć. Debiut Stephena Norringtona (tego od pierwszego Blade’a) to cyberpunkowa jazda bez trzymanki, która bierze wszystko, co najlepsze z Obcego i Terminatora, doprawiając to potężną dawką ówczesnego mroku i brudu.
Tytułowa maszyna śmierci to wielki, metalowy przypominający dinozaura robot najeżony szponami i ostrzami. To taki cybernetyczny xenomorph, który przemierza nowoczesne, ciasne i sterylne korytarze wieżowca polując na każdego kogo wskaże mu Dante. Wielka industrialna budowla, w której film sie rozgrywa przypomina klaustrofobiczne korytarze Nostromo. Atmosfera zaszczucia jest wszędobylska, a ataki robota dzikie, krwawe i naładowane adenaliną. Na wyróżnienie zasługuje także Brad Dourif w roli psychopatycznego naukowca Dantego.
Twórcy nie ukrywają swych inspiracji Obcym i klasyką horroru. Bohaterowie nazywają się bowiem John Carpenter, Sam Raimi, Weyland, Yutani , czy Ridley Scott. Znajdziemy tu także wielkie giwery, czy cyborgi.
Film ten pokazuje że nie tylko statek kosmiczny może stanowić śmiertelna pułapkę, gdy poluje na ciebie drapieżnik Alfa. Ale także zwykły wydawałoby się biurowiec.
Maszyna śmierci pokazała nam, że technologia w rękach szaleńca to wyrok. Ale co, gdy technologia zawiedzie tam, gdzie nie dotrze żadna pomoc?
Głębia strachu
Podwodna baza wydobywająca ropę z dna Rowu Mariańskiego ulega zniszczeniu, a ocalała załoga musi wydostać się ze śmiertelnej pułapki. Problem w tym, że 11 kilometrów wody nad głowami to tylko początek kłopotów – w ciemnościach czai się bowiem coś, co zdecydowanie nie lubi nieproszonych gości.
Jeśli szukacie filmu, który nie bawi się w przydługie ekspozycje i od razu rzuca Was na głęboką wodę, Głębia strachu jest strzałem w dziesiątkę. To kino dla ludzi, którzy nie lubią wstępów. Choć trailer sugerował, że wzorem Obcego będziemy najpierw poznawać relacje i rutynę załogi, rzeczywistość jest inna: katastrofa następuje już w 2-3 minucie. Porównania do arcydzieła Scotta nie są jednak bezzasadne. Mamy tu klaustrofobiczne korytarze, osaczenie przez nieznane i Kirsten Stewart, która w krótkich włosach i bieliźnie ewidentnie nawiązuje do wizerunku Ellen Ripley. Choć nie przepadam za tą aktorką, tutaj jej rola jest na tyle surowa i niewymagająca, że gra nie razi, a postać daje się polubić.
Z jednej strony to rasowe kino katastroficzne, z drugiej – horror science fiction o konfrontacji z efektem buty ludzkości. Film przypomina monster movies z lat 50., jak Godzilla, gdzie nieroztropność człowieka sprowadza na niego karzące ostrze natury. Pływające potwory są świetnie zrealizowane i mają w sobie ten brudny, lovecraftowski sznyt, który fani macek docenią od razu. Reżyser William Eubank postawił na szybki i łatwy film akcji bez zawiłości fabularnych, co w tym przypadku sprawdza się znakomicie.
Mimo że klisza goni tu kliszę i nie zobaczymy niczego innowacyjnego, całość ogląda się z dużą przyjemnością. Gdyby ten film powstał w latach 80., z miejsca zyskałby status kultowego na półkach wypożyczalni VHS obok Otchłani czy Lewiatana. To solidna, rzemieślnicza robota, która nie udaje niczego więcej, niż jest w rzeczywistości: dynamicznym survivalem w ekstremalnych warunkach.
Dobra, kończymy ze sterylnością współczesnego kina. Czas na prawdziwy, gumowy syf, za który kochamy erę kaset wideo.
Forbidden World
W dalekiej przyszłości awanturnik Jesse Vint przybywa na odległą planetę Xarbia do placówki naukowej. Okazuje się, że na miejscu naukowcy stworzyli nową formę życia – Obiekt 20, która ma btć idealnym źródłem pożywienia dla głodującej galaktyki. Zamiast stać się obiadem Obiekt 20 mutuje i zaczyna systematycznie przerabiać personel stacji na krwawą miazgę.
Forbidden World to niskobudżetowy horror science fiction wyprodukowany przez Rogera Cormana. Scenarzyści wcale się nie kryją, że chcieli nakręcić własną b-klasową wersję dzieła Ridleya Scotta. Mamy zatem wielką bazę kosmiczną pełną wąskich korytarzy i labolatoriów, niewielką załogę, która zamiast współpracować pęka pod wpływem paranoi i męską wersję Ellen Ripley w postaci przebojowego Jessego Vinta, który równie sprawnie posługuje się spluwą, co bejeruje żeńską część załogi. No i jest oczywiście potwór: wielki, mięsisty i pełny ostrych zębów.
Mutant, którego wyhodowali naukowcy przeobraża się w kokonie, potrafi nagle wyskoczyć z niego przyczepiając się do twarzy (skąd my to znamy), a potem większy już czai się w zakamarkach bazy, aby atakować bohaterów. Twórcy jednak dodali sporo od siebie, np. skręt w stronę body horroru w obleśnych scenach, w których potwór rozkłada swe ofiary za życia na czynniki pierwsze. Efekty specjalne, mimo, że bywają pocieszne są mięsiste, gumowe i pełne uroku. Dodajmy do tego kilka śmiałych scen gore i seksowne bohaterki, które chętnie i często prezentują swe wdzięki.
Mimo skromnego budżetu film Cormana potrafi utrzymać duszny klimat, a efekty pełne śluzu, lateksu i sztucznej krwi skutecznie przykuć do ekranu.
Gumowe potwory Cormana mają swój urok, ale gatunek horroru sci-fi ma też drugą, bardziej mroczną twarz – taką, która łączy ludzkie ciało ze stalą. I taką, która potrzebuje silnej kobiecej protagonistki, by w ogóle przetrwać.
Wiedzieliście, że Jamie Lee Curtis tak bardzo nienawidzi naszego kolejnego filmu, że publicnie nazwała go „gównem”? Sprawdźmy, dlaczego kompletnie nie ma racji, bo design potworów w tym tytule kładzie na łopatki większość współczesnych produkcji CGI.
Wirus
Zaloga holownika morskiego odnajduje dryfujący rosyjski okręt przystosowany do prac naukowych. Po wejściu na pokład okazuje się, że jednostka jest opuszczona. Wkrótce rozpoczyna się walka o przetrwanie z maszynami stworzonymi przez obcą formę życia, która traktuje ludzi jako części zamienne.
Wirus to horror science fiction w całości rozgrywający się na wielkim nowoczesnym okręcie, który stanowi śmiertelną pułapkę. Gdy okazuje się że cała załoga zniknęła, a bohaterowie odnajdują ślady krwi atmosfera zagrożenia zaczyna gęstnieć. Ciasne, industrialne korytarze, laboratoria i pracownie techniczne są miejscem żerowania dziesiątek cybernetycznych organizmów polujących na bohaterów.
Biomechaniczne istoty, które grasują po statku są kreatywnie zaprojektowane i świetnie wykonane przez Stana Winstona za pomocą praktycznych efektów specjalnych. Obca technologia budzi respekt i strach. Tak jak Obcy in filmie Scotta tak i tu antagoniści potrafią się przekształcać i przyjmować różne formy: od niewielkich pajęczych łazików przez drapieżników z grubsza przypominające człowieka po coś znacznie większego i bardziej zabójczego. Robotę robi tu design antagonistów łączący ludzkie pokiereszowane ciała z kablami i stalą.
Uwagę przykuwa doskonała obsada. W głównej roli zobaczymy Jamie Lee Curtis, która jest czymś w rodzaju Ellen Ripley z Obcego. W cynicznego kapitana holownika wcielił się doskonały Donald Sutherland, a w roli drugoplanowej zobaczymy polską aktorkę Joannę Pacułę.
Virus to to film brudny, mokry i przesiąknięty zapachem smaru, który idealnie oddaje lęk przed technologią pożerającą swojego twórcę.
Skoro już jesteśmy przy mokrych, stalowych pułapkach na środku oceanu, nie możemy zapomnieć o absolutnym królu ery VHS, który zamienił lęk przed technologią na lęk przed tym, co drzemie w naszych własnych genach.
Lewiatan
Grupa górników pracujących dla potężnej korporacji na dnie oceanu w podwodnej bazie odkrywa zatopiony radziecki statek Lewiatan. Przynoszą z niego obcy organizm który infekuje ich zmieniając w wielkie monstra pełne macek rządne ludzkiej krwi. Wkrótce rozpoczyna się walka o przetrwanie w ciasnych korytarzach bazy.
Leviathan to horror science fiction, który wzorował się zarówno na The Thing Carpentera jak i Obcym Camerona. Bohaterowie w odizolowanej bazie podwodnej muszą mierzyć się z potworem, który poluje na nich w ciasnych korytarzach podwodnej bazy. Ze względu na panujący na powierzchni huragan nie mogą się ewakuować.
Leviathan wyróżnia się klaustrofobiczną atmosferą, oraz strachem przed nieznanym. Organizm niewiadomego pochodzenia zaczyna mutować w ciałach załogi przemieniając ich w groteskowe potwory pełne paszczy i macek, które porządają ludzkiej krwi. Baza, w której film się rozgrywa przypomina wnętrze statku kosmicznego: jest pełne wąskich korytarzy, furutystycznych laboratoriów, oraz pomieszczeń technicznych. Nie ma z niej ucieczki, a a ciśnienie na zewnątrz tylko czeka, by zmiażdżyć kadłub.
Uwagę zwracają doskonałe efekty specjalne, w tym wykonanie potworów, które są wielkie, mięsiste i obleśne. Odpowiedzialny był za nie sam Stan Winston. Klimat rodem z podwodnego horroru wzmaga dynamiczna muzyka w wykonaniu Jerry’ego Goldsmitha, w którą kompozytor wplótł zawodzenie morskich stworzeń podkręcając tempo i duszną atmosferę.
Leviathan to kwintesencja ery VHS. Film, który bezczelnie kopiuje najlepsze wzorce, ale robi to z taką klasą, że nie sposób go nie kochać.
Jak widzicie, postać Ellen Ripley i klaustrofobiczna formuła “Obcego” to fundamenty, na których zbudowano dziesiątki przerażających światów. Niektóre z nich to wysokobudżetowe thrillery, inne to b-klasowe perły, ale każda z tych pozycji udowadnia jedno: nic nie przeraża nas bardziej niż poczucie bycia zwierzyną w zamkniętej klatce.

