
Mumia: Film Lee Cronina (2026) – recenzja
29 kwietnia 2026Tagi: horrory o opętaniu
Reżyseria: Lee Cronin
Kraj produkcji: Irlandia, USA, Hiszpania, Kanada
Młoda córka dziennikarza mieszkającego w Egipcie ginie bez śladu w tajemniczych okolicznościach. Po 8 latach odnajduje się, ale nie przypomina już dawnej siebie. Potwornie oszpecona, zdeformowana trwa w stanie katatonii. Jej matka stara się przywrócić zdrowie dziecka, a ojciec wszczyna śledztwo z miejscową policjantką, co prowadzi ich do tajemnic sprzed tysiącleci.
Mumia to najnowsza odpowiedź Lee Cronina odpowiedzialnego za Martwe zło: Przebudzenie na popularną serię zapoczątkowaną w 1932 roku. Ale Cronin poszedł własną drogą mieszając motywy Egzorcysty z Martwym złem właśnie.
Fabuła skupia się na oszpeconej dziewczynce, która po latach wraca do domu, by zachowywać się coraz dziwniej i bardziej przerażająco. Sytuacja rodziny jest nie do pozazdroszczenia: stracić córkę w taki sposób, a potem odzyskać ją w fatalnym stanie jest nie do pozazdroszczenia. Szybko okazuje się, że z odnalezioną jest coś bardzo nie tak. Chodzi jak zwierzę, zjada skorpiony, a kojoty zdaję się jej kompanami. Gdy na arenę wkraczają wydarzenia paranormalne film przeistacza się w kolejną wersję Egzorcysty z opętanym dzieckiem, nad którym należy odprawić odpowiednie rytuały. Sposoby na straszenie Cronin pożyczył jednak z Martwego zła. Jak sam wspominał oba filmy rozgrywają się w tym samym uniwersum. Dziewczynka okalecza siebie i innych, oraz przejawia moce, które przeczą zdrowemu rozsądkowi.
Niestety fabuła tonie w wyświechtanych banałach. Ojciec prowadzi śledztwo z miejscową policjantką, specjalistką od zaginień, jest obowiązkowa wizyta na uniwersytecie, na którym poznajemy eksperta egiptologii, a w końcu tajemnicę skrywaną od tysiącleci. Nie ma tu zbyt wielu świeżych pomysłów, Cronin jedzie po linii najmniejszego oporu nie wkładając w historię odrobiny kreatywności.
Film słabo się sprawdza także jako straszak. Mimo, że historia jest dość ciekawa nie budzi żadnego lęku, ani nie utrzymuje gęstego klimatu nieznanego zagrożenia, który tak dobrze udało się wykreować w jego Martwym złu. Finał zaś jest rozdmuchany jak na hollywoodzką produkcję przystaje i… ni ziębi ni grzeje.
Największym plusem nowej Mumii jest realizacja, gdyż wszystko jest tu jak od linijki. Potężne udźwiękowienie, gore wykonane praktycznymi sposobami (choć w niezbyt dużych ilościach), bywa obrzydliwie, a charakteryzacja stoi na wysokim poziomie.
Po Croninie spodziewałem się więcej. Jego Mumia to film zbyt bezpieczny, jadący na ogranych schematach i mimo, że zrealizowany wzorowo zaraz po seansie wypada z pamięci. A szkoda.



