Co łączy Coś Carpentera, Donniego Darko i Ukryty wymiar? Dzisiaj to absolutne legendy kina. Ale w dniu premiery… nikt nie chciał ich oglądać. Krytycy je miażdżyli, a widownia dosłownie żądała zwrotu kasy za bilety. Jak to możliwe, że największe finansowe katastrofy w historii kina grozy stały się dziś kultowymi arcydziełami? Odpowiedź leży na zakurzonych półkach starych wypożyczalni wideo. Zobaczcie horrory, które zmartwychwstały dzięki kasetom VHS.
Materiał ten obejrzysz także na Youtube:
Coś (The Thing, 1982)
Kiedy arcydzieło Johna Carpentera trafiło na wielkie ekrany, zderzyło się z absolutną barierą odrzucenia. Widzowie, zaledwie dwa tygodnie po rozczulającej premierze E.T. Stevena Spielberga, oczekiwali kina o przyjaznych kosmitach. Zamiast tego otrzymali skrajnie nihilistyczną, duszną i krwawą wizję paranoi w antarktycznej stacji badawczej. Krytycy nie zostawili na filmie suchej nitki, nazywając go “obrzydliwym”, a produkcja okazała się finansową klęską, która na długi czas zachwiała karierą reżysera.
Wszystko zmieniło się jednak w epoce wypożyczalni wideo. To właśnie w domowym zaciszu, gdzie można było zatrzymać klatkę i z bliska podziwiać obłąkane, wykraczające poza wyobraźnię praktyczne efekty specjalne Roba Bottina, film zyskał drugie życie. Zamknięta przestrzeń i mroźny klimat idealnie rezonowały z nocnymi seansami przed telewizorem, a tytuł, z bycia odrzuconym brutalem, awansował do miana najważniejszego i najlepiej zrealizowanego horroru science fiction lat osiemdziesiątych.
Plazma (The Blob, 1988)
Zabójcza konkurencja w kinach potrafiła pogrzebać nie tylko dzieło Carpentera. Remake klasyka z lat pięćdziesiątych to jedna z tych perełek, które mogą pochwalić się jednymi z najlepszych, najbardziej makabrycznych praktycznych efektów specjalnych dekady. Reżyser Chuck Russell i mistrz charakteryzacji Tony Gardner stworzyli potwora idealnego, zamieniając kiczowatą galaretę w przerażający, trawiący tkanki organizm. Niestety, film trafił do kin w wyjątkowo niefortunnym momencie – w box office musiał zmierzyć się z gigantem i został całkowicie zmiażdżony przez czwartą część przygód Freddy’ego Kruegera. Widownia zignorowała powrót klasycznego potwora z kosmosu, wybierając sprawdzonego slashera, przez co produkcja odnotowała ogromne straty biletowe.
Sprawiedliwość dla Plazmy nadeszła jednak wraz z dystrybucją na kasetach wideo. Dopiero kiedy tytuł trafił na półki wypożyczalni, widzowie docenili jego fantastyczne, krwawe tempo, bezkompromisowość scen śmierci oraz rewelacyjnej animatroniki. W domowym zaciszu, z dala od kinowej rywalizacji, film ukazał swoje prawdziwe oblicze – doskonale zrealizowanego, trzymającego w napięciu kina grozy, które nie brało jeńców i bawiło się konwencją gatunku. Dziś to bezsprzeczny i żelazny klasyk ery VHS, stawiany za wzór dla twórców efektów praktycznych.
Halloween 3: Sezon czarownic (Halloween III: Season of the Witch, 1982)
Czasem jednak filmy przegrywają nie przez potężnych rywali, ale przez… własny tytuł i zawiedzione oczekiwania. To prawdopodobnie jeden z najbardziej niedocenionych w dniu premiery filmów w historii gatunku, który w swoim czasie wywołał prawdziwą furię i masowe rozczarowanie. Widzowie, zachęceni legendarnym tytułem, poszli do kin z nadzieją na krwawe i brutalne morderstwa w wykonaniu Michaela Myersa. Zamiast tego na ekranach dostali dziwaczny horror o celtyckich rytuałach, śmiercionośnych maskach dla dzieci i tajemniczych mikroczipach ze Stonehenge. Cios finansowy i wizerunkowy dla twórców był potężny, a wściekła publiczność wręcz domagała się zwrotu pieniędzy za bilety.
Czas jednak okazał się najlepszym krytykiem dla dzieła Tommy’ego Lee Wallace’a. Kiedy opadły pierwsze, gorące emocje, a film trafił z kinowego ekranu prosto do odtwarzaczy domowych, kinomani zaczęli go oceniać z zupełnie innej perspektywy. Rozpatrywana jako autonomiczna historia, produkcja zyskała uznanie za niezwykle duszną, paranoiczną atmosferę, odważną krytykę komercjalizacji świąt oraz genialną, syntezatorową ścieżkę dźwiękową Johna Carpentera. Dziś, wolna od oczekiwań względem maski ikonicznego mordercy, produkcja ta dumnie nosi status jednego z najciekawszych i najbardziej oryginalnych dzieł tamtej dekady.
Noc pełzających trupów (Night of the Creeps, 1986)
Ale wiecie co jest gorsze od widzów, którzy nie rozumieją waszego filmu? Wytwórnia, która wyłożyła na niego pieniądze i sama kompletnie nie ogarnia, co właśnie nakręciliście. To właśnie spotkało Freda Dekkera. Ten obraz to list miłosny Freda Dekkera do kina klasy B z lat pięćdziesiątych i krwawych slasherów z ery VHS. Wytwórnia zupełnie nie rozumiała, z jakim materiałem ma do czynienia – film był jednocześnie zbyt zabawny na czysty horror i zbyt brutalny na komedię młodzieżową. Chaotyczna kampania marketingowa i wymuszony przez studio montaż sprawiły, że to błyskotliwe, wypełnione po brzegi hołdami dla legendarnych reżyserów grozy dzieło, zniknęło z kin całkowicie niezauważone.
Uratowały je rzędy kaset wideo w lokalnych wypożyczalniach. Fani grozy, skuszeni intrygującą okładką, odkrywali w domu prawdziwą perełkę. Rewelacyjne efekty praktyczne, inwazja kosmicznych ślimaków zmieniających ludzi w zombie oraz genialna kreacja Toma Atkinsa jako zmęczonego życiem detektywa Raya Camerona zacementowały status tej produkcji. To film, który urodził się w kinie, ale swoje prawdziwe serce i duszę odnalazł w magnetowidach. Ale kasety wideo to nie tylko powrót do radosnej kiczowatości i potworów z kosmosu. To także nośniki dla kina ciężkiego, wymagającego i głęboko niepokojącego.
Videodrome (1983)
A teraz zejdźmy do najciemniejszego rogu wypożyczalni. Tam, gdzie na półkach leżą kasety z nagranym, zakazanym sygnałem. Jeśli mówimy o produkcjach, które nie tylko trafiły na VHS, ale stały się wręcz religią tych nośników, dzieło Davida Cronenberga to pozycja absolutnie obowiązkowa, zwłaszcza jeśli cenisz mroczne wizje i klasyczny body horror, redefiniujący granice ludzkiego ciała. W kinach film okazał się jednak finansową katastrofą – zarobił niewiele ponad dwa miliony dolarów przy budżecie niemal trzykrotnie wyższym. Główną przyczyną tej porażki był fakt, że ówcześni widzowie i krytycy po prostu nie byli gotowi na tak drastyczną, surrealistyczną wizję fuzji technologii z tkanką organiczną. Metaforyczne przedstawienie telewizji jako narzędzia kontroli umysłów wyprzedzało swoje czasy, co na wielkim ekranie wywołało raczej konsternację i niezrozumienie niż kasowy entuzjazm.
Paradoksalnie, to właśnie rozwijający się rynek VHS tchnął w to dzieło drugie życie i uczynił z niego absolutny klasyk epoki. Domowe seanse, polegające na odtwarzaniu często słabej jakości, “zakazanych” i brudnych kaset w półmroku pokoju, idealnie rymowały się z fabułą filmu o nielegalnych, podziemnych transmisjach. Wypożyczalnie kaset stały się naturalnym środowiskiem dla wizji Cronenberga, gdzie widz, wkładając taśmę do magnetowidu, mógł poczuć się niemal jak główny bohater Max Renn, doświadczający niepokojącej, halucynogennej podróży prosto z ekranu własnego telewizora.
W paszczy szaleństwa (In the Mouth of Madness, 1994)
Zostając w klimatach surrealistycznego koszmaru, utraty zmysłów i zacierania się granicy z rzeczywistością, musimy powrócić do twórczości Johna Carpentera. W połowie lat dziewięćdziesiątych klasyczny horror przeżywał ogromny kryzys tożsamości. Kiedy Carpenter zaserwował światu to lovecraftowskie arcydzieło, widownia zupełnie nie wiedziała, jak zareagować. Zawiła, pesymistyczna fabuła skupiająca się na powolnym upadku umysłu głównego bohatera i zbliżającej się apokalipsie potworów z innych wymiarów, nie trafiła w gusta publiczności kinowej, przynosząc zaledwie 8 milionów dolarów zysku.
Ten genialny hołd dla twórczości H.P. Lovecrafta potrzebował czasu i nośników VHS, aby widzowie mogli docenić jego niesamowitą warstwę wizualną i meta-narrację. Obraz z Samem Neillem w roli głównej lśnił w domowych warunkach, gdzie można było wielokrotnie wracać do surrealistycznych wizji sennych i analizować ukryte detale scenografii. Dziś jest to produkcja uważana za jedną z najlepszych w całym dorobku Carpentera, będąca absolutnym wzorem tego, jak przenieść na ekran prastarą grozę i kosmiczny obłęd. O ile jednak w przypadku Carpentera to publiczność musiała dojrzeć do jego wizji, o tyle czasem największymi potworami dla filmu okazują się sami decydenci w garniturach.
Nocne plemię (Nightbreed, 1990)
Wyobraźcie sobie taką sytuację: przychodzicie do studia z wielką, mroczną epopeją fantasy. Opowieścią, w której to potwory są tymi dobrymi. A co robią z tym specjaliści od marketingu? Tną film tasakiem i wmawiają widzom, że to zwykły slasher o wariacie z nożem. Dokładnie tak brutalnie przemielono wizję Clive’a Barkera. Wytwórnia Fox zażądała standardowego, prostego slashera, podczas gdy Barker nakręcił mroczną opowieść, w której potwory są ukrywającymi się ofiarami, a pozornie normalny człowiek – bezwzględnym, psychopatycznym mordercą. Kompletnie zdezorientowana widownia, do której kierowano zwiastuny sugerujące typowy horror o mordercy z nożem, zignorowała film w kinach, czując się oszukaną przez obiecane w reklamach konwencje.
To, co zniszczyło studio, uratowała poczta pantoflowa i zaangażowanie fanów przesiadujących w wypożyczalniach. Wśród entuzjastów oglądających kasetowe wydania wykiełkował ogromny kult tego uniwersum i rewelacyjnej, niezwykle kreatywnej charakteryzacji zamieszkujących Midian potworów. Z czasem fascynacja ta przerodziła się w potężny ruch oddolny, który po wielu latach żmudnych poszukiwań doprowadził do odnalezienia zaginionych taśm VHS z materiałami roboczymi i kinowymi odrzutami. Ostatecznie pozwoliło to na wydanie słynnego “Cabal Cut”, przywracając oryginalną, reżyserską wizję Barkera światu.
Ukryty wymiar (Event Horizon, 1997)
Z równie brutalną rzezią w montażowni zmierzyła się inna perełka, o której wspomniałem już na samym początku. Produkcja Paula W.S. Andersona to przykład filmu zmasakrowanego jeszcze przed wejściem do kin. Po fatalnych pokazach testowych, na których rzekomo mdleli widzowie, spanikowana wytwórnia Paramount nakazała drastyczne cięcia montażowe, usuwając najbardziej makabryczne sceny gore i gubiąc gęsty klimat opowieści. Skrócona i poszarpana wersja przepadła w letnim oknie box office’u, nie mając szans w starciu z lżejszym repertuarem wakacyjnym.
Prawdziwy kult narodził się, gdy Ukryty wymiar trafił na nośniki domowe. Fani mrocznej fantastyki błyskawicznie odkryli, że pod warstwą akcji kryje się fenomenalny “Hellraiser w kosmosie“. Klaustrofobiczna scenografia, wybitne udźwiękowienie i wciągający motyw statku, który dosłownie i w przenośni przepłynął przez piekło, sprawiły, że tytuł stał się pozycją obowiązkową. Dziś fani wciąż gorączkowo poszukują mitycznej, zaginionej “wersji reżyserskiej”, której istnienie to jeden z największych Świętych Graali kina grozy. Brutalne cięcia montażowe bolą, ale można je zrzucić na karb twórczych nieporozumień. Czasem jednak film spotyka pech o wiele bardziej przyziemny i ostateczny.
Blisko ciemności (Near Dark, 1987)
Zanim zamkniemy ten kasetowy wehikuł czasu, musimy opowiedzieć o filmie, który nawet nie zdążył stanąć do walki. Jeśli myśleliście, że przegrać z E.T. to pech, pomyślcie, co czują twórcy, gdy z dnia na dzień po prostu bankrutuje ich dystrybutor. Ten wybitny western wampiryczny w reżyserii Kathryn Bigelow to podręcznikowy przykład zmarnowanego potencjału. Mimo fenomenalnego, gęstego od brudu klimatu i świetnej obsady (w dużej mierze zapożyczonej z Obcego – decydujące starcie), film dosłownie zatonął w box office, zarabiając nieco ponad 3 miliony dolarów. Niemal zerowa kampania promocyjna sprawiła, że obraz zniknął z nielicznych ekranów, zanim publiczność zdążyła w ogóle dowiedzieć się o jego istnieniu.
Ratunek nadszedł z najciemniejszych zakamarków lokalnych wypożyczalni wideo. Tytuł ten został dosłownie wskrzeszony przez zapalone grono poszukiwaczy kasetowych uniesień. Intrygująca okładka przyciągała wzrok na półkach, a zaserwowana historia – surowe, brutalne spojrzenie na wampiryzm wyprany z gotyckiego romantyzmu – zatrzymywała widzów przed telewizorami na wiele godzin. Blisko ciemności z kinowego wyrzutka przerodziło się w hipnotyzujący klejnot kina niezależnego lat osiemdziesiątych, którego magnetyzm i niepowtarzalna atmosfera działają na widzów bezbłędnie po dzień dzisiejszy.
Donnie Darko (2001)
I wreszcie czas na zamknięcie tej epoki. Tytuł, który udowadnia, że fenomen drugiego życia na nośnikach domowych płynnie przeniósł się z VHS na nowy format. Trudno o gorszy moment na premierę niż ten, który spotkał debiut Richarda Kelly’ego. Film trafił do kin tuż po tragicznych wydarzeniach z 11 września, a opowieść zaczynająca się od silnika odrzutowca spadającego na dom mieszkalny wywołała ogromny dyskomfort. Połączmy to z hermetyczną, niejednoznaczną fabułą balansującą między podróżami w czasie, fizyką kwantową a schizofrenią, a otrzymamy receptę na absolutną klęskę biletową.
To jednak nośniki DVD stały się wehikułem, który wywindował ten tytuł do stratosfery. Poczta pantoflowa działała bezbłędnie – widzowie przekazywali sobie płyty z poleceniem zobaczenia “tego dziwnego filmu o wielkim, demonicznym króliku”. Osobiście sam widziałem go w takiej formie. Możliwość domowej analizy wielowarstwowej fabuły, zatrzymywania enigmatycznych ujęć i słuchania genialnego, melancholijnego soundtracku z lat osiemdziesiątych stworzyła z Donniego Darko sztandarowy film pokoleniowy i podręcznikowy przykład definicji “kultowości”.
Na początku wspomniałem o widzach, którzy masowo wychodzili z kin na filmach Carpentera czy Andersona. Dzisiaj wypożyczalni wideo z zakurzonymi półkami już z nami nie ma, ale… historia lubi się powtarzać. Kto wie, może największa kinowa klapa tego roku za dziesięć lat stanie się kultowym klasykiem na VOD?

