Hellraiser (2022)

Hellraiser (2022)

8 listopada 2022 Wyłącz przez Skaras
Ocena: 7/10
Tagi: horrory o demonach

Reżyseria: David Bruckner
Kraj: USA

Dziś opowiem Wam o reboocie „Hellraisera”. I to reboocie godziwym, bo wykorzystującym stare sprawdzone motywy z kultowej serii, jednocześnie dorzucając sporo świeżości od siebie.

Recenzję Hellraiser (2022) obejrzysz także na youtube:

 

Riley, dziewczyna po przejściach wraz ze swoich chłopakiem Trevorem kradną tajemniczą kostkę z porzuconego na odludziu kontenera. W wyniku kontaktu z przedmiotem w tajemniczych okolicznościach ginie bez śladu brat Riley Matt. Dziewczyna wraz z grupą przyjaciół wszczyna swoje śledztwo. Prześladują ją jednak demoniczne przywidzenia.

„Hellraiser” został zapoczątkowany w książce brytyjskiego pisarza Clive’a Barkera „Hellbound Heart” z 1986 roku. Już rok później ukazała się filmowa adaptacja dzieła, którą wyreżyserował sam Barker.

W rolę Pinheada, głównego antagonisty, demonicznego księcia bólu i przyjemności wcielił się kultowy już aktor Doug Bradley, który zadomowił się w serii na lata.

Zanim zacznę opowiadać o filmie z 2022 roku zrobię szybkie podsumowanie serii.

Od części 1 do trzeciej to świetnie wykonana B-klasa pełna krwi i gumowych efektów specjalnych. Czwórka natomiast rozgrywa się w kosmosie. Taka była wtedy moda, ale film nadal się broni. Części od 5 do 7 podzieliły publikę. Ja jestem fanem. Tutaj Pinhead i reszta cenobitów jest zepchnięta na dalszy plan. Skupiono się za to na gęstej atmosferze i ciekawych, różnorodnych historiach. Omawianemu filmowi najbliżej klimatem właśnie do tych odsłon. Ósma część to już popłuczyny, w którym z filmu zrobione teen slashera. W 2012 roku nadszedł okropny „Hellraiser: Revelations” nakręcony naprędce jedynie po to, aby studio nie straciło praw do marki. W 2018 zaś otrzymaliśmy całkiem przywoite „Hellraiser: Judgment”, które było czymś w rodzaju wariacją rozgrywającą się w tym uniwersum.

Nowego „Hellraisera” wyreżyserował David Bruckner, amerykański reżyser zaprawiony w filmach grozy. To on wyreżyserował tak cenione tytuły jak „V/H/S„, „Ritual„, czy „Dom nocny„.  Można więc powiedzieć: właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Nowy „Hellraiser” jest rebootem serii, co oznacza, że nie jest kontynuacją żadnego z poprzednich filmów. Jest resetem serii i być może początkiem nowej.

Film rozpoczyna się gry poznajemy Roland Voighta – ultrabogatego przedsiębiorcę, kolekcjonera sztuki i po prostu znudzonego życiem faceta. Wiecie, gdy ma się wszystko i zaznało się wszystkiego życie może nieco nużyć. Wchodzi on w posiadanie kostki-łamigłówki i namawia do jej rozwiązania przypadkowego gościa, którego następnie łańcuchy wciągają do piekła.

Właściwa fabuła rozgrywa się kilka lat później. Tam poznajemy Riley. Byłą narkomankę, która próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Riley mieszka ze swym bratem Mattem, jego chłopakiem i współlokatorką. Riley z nowym facetem Trevorem włamują się do pewnego kontenera, w którym znajdują kostkę-łamigłówkę przez, którą znika Matt. Riley postanawia rozwikłać zagadkę kostki, która doprowadza ją do posiadłości Voighta.

Brzmi klasycznie i tak właśnie jest. Historia jest dość sztampowa. Nie silono się na coś oryginalnego, a na klasyczny motyw z prywatnym śledztwem mającym na celu odkrycie prawdy o mistycznym przedmiocie. Ale może to i dobrze, że Bruckner użył sprawdzonego schematu niż żeby przedobrzył, albo zbytnio wydziwił. Historia przedstawiona zawiera jednak w sobie mały twist fabularny. Niby nic wgniatającego w ziemię, ale jednak jest.

Scenarzyści wprowadzili również kilka własnych pomysłów. Zmienił się np. mechanizm kostki Lemarchanda. Teraz po jej ułożeniu z kostki nagle wysuwa się ostrze. Nie wystarczy już ułożyć łamigłówki, aby zaczęli cię ścigać Cenobici. Należy jeszcze wybraną osobę zranić ostrzem z pudełka. Więc to osoba, która ją ułożyła wybiera kogo złoży w ofierze cenobitom. Oczywiście najczęściej jest to sam układający, gdyż ostrze wysuwa się nagle raniąc osobę trzymająca przedmiot.

Co więcej kostka ma szereg etapów, które należy przejść, aby zakończyć jej cykl. Jest to zatem spora zmiana w porównaniu do oryginału. To już nie osoba układająca jest celem demonicznych pomiotów, ale – jeśli uda jej się nie skaleczyć – sama może wskazać ofiarę. Fajny motyw i powiew świeżości, który pomógł rozwinąć skrzydła opowieści.

Wspomniałem też, że film ten podobny jest do części od 5 do 7. Tutaj też fabuła skupia się przede wszystkim na protagonistach. Cenobici przez większość metrażu pojawiają się jedynie w tle. Gdzieś tam migają, komuś się przywidzą. Dopiero w trzecim akcie przyjdzie nam nacieszyć nimi oko.

A jest na czym oko zawiesić, bo wykonanie demonów jest jednym z najlepszych ze wszystkich odsłon. Cenobici zachowują się w zasadzie tak jak zawsze – nic tu nie wydziwiono – ale ich wykonanie jest po prostu rewelacyjne. Charakteryzacja w tym filmie to jedna z mocniejszych stron. Demony są odpowiednio mroczni i mięsiści. Wystają z nich wewnętrze organy, które pulsują, a mięśnie pozbawione skóry są lepkie i namacalne. Zobaczymy tu zarówno ujadającego Chatterera, Gaspa z otwartą krtanią, czy Weepera z rozdzielonymi dłońmi. No i rzecz jasna Pinheada, ale o nim zaraz.

Podobnie wypadają efekty specjalne, które są jednymi z najlepszych jakie widziałem. Sam wygląd kostki Lemarchanda, gdy ta się samoistnie zmienia, albo jest przez kogoś układana wygląda po prostu realistycznie i aż chciałoby się ją dotknąć. Ale też np. scena zarastania się olbrzymiej rany w klatce piersiowej robi świetne wrażenie. Mnie wyrwało z butów.

Nieźle też jest zrealizowanie pojawianie się cenobitów. Gdy się zbliżają w pomieszczeniu, w którym przebywa ofiara cofają się ściany ukazując za nimi brudne korytarze piekła. I świetnie wykonano te sceny.

Część zasług przypada rzecz jasna operatorowi kamery. Zdjęcia są po prostu ładne, a kompozycja kadrów przemyślana i wpadająca w oko. Dodatkowo nieźle wypada i pasuje do całości chłodny color grading.

Aktorsko również jest niczego sobie. Główną rolę Riley odegrała Odessa A’zion. Kobieta o specyficznej urodzie pasującej do estetyki filmu. Nieźle poradziła sobie z rolą i złego słowa o niej nie mogę powiedzieć tak jak towarzyszącym jej aktorom.

Wróćmy jednak na chwilę do cenobitów. A właściwie do Pinheada. Zagrała go transseksualna aktorka Jamie Clayton. Kiedy to ogłoszono przez internet przetoczyła się fala hejtu. Że nikt nie może zastąpić Douga Bradleya. No to niestety musicie się pogodzić, ale Doug już pewnie nigdy nie wystąpi w tej serii. Ale halo, nikt Wam nie odbierze 8 filmów z nim w roli wysłannika piekieł. Jeśli chcecie kolejne odsłony franczyzy musicie się z tym pogodzić.

Drugi zarzut to, że Pinheada gra kobieta. To ja tylko przypomnę, że w książkowym oryginale Pinhead był postacią androgeniczną, czyli posiadał cechy zarówno męskie jak i żeńskie. On nie był mężczyzną. I tak właśnie sportretowała go Clayton.

Patrząc na Pinheada w jej wykonaniu nie możemy odgadnąć jego płci. Co więcej ciężko nawet stwierdzić czy ma głos kobiecy, czy męski. Bo z jednej strony jest nieco kobiecy, ale posiada typowy dla mężczyzn mocny bas. Zagrała nieźle, jej kreacja jest w porządku. Nie zwaliła mnie z nóg, ale też nie mam jakichś zastrzeżeń.

Fabuła „Hellraisera” jest prosta, rozpisana klasycznie, ale zawiera kilka niespodzianek. Wykonanie filmu jest więcej niż zadowalające, a wad poza jakimiś drobnostkami, czy czepialstwem nie odnotowałem. Nie jest to film idealny. Nie jest to reboot wbijający w ziemię. To po prostu kawał świetnej, rzemieślniczej rozrywki. Na taki powrót „Hellraisera” czekałem.

Zobacz również