Site icon Horror blog

Zapomniane perełki science fiction

Szukacie mocnego kina, które nie bierze jeńców? Dzisiaj odstawiamy na boczny tor ugrzecznione Hollywood i wchodzimy w świat brudu, futurystycznych spluw i biomechanicznych koszmarów. Pokażę wam filmy, które przecierały szlaki dla takich klasyków jak ‘Ukryty Wymiar’ czy ‘Terminator’, a o których prawdopodobnie nigdy nie słyszeliście. Szczególnie numer cztery na liście to pozycja obowiązkowa dla fanów kultowych gier, która w końcu dostała adaptację, na jaką zasługiwała. Zostańcie ze mną, bo na końcu zdradzę wam, który z tych filmów przewidział dzisiejszą technologię AI już 30 lat temu.

Split Second

Niedaleko przyszłość, 2008 rok. Londyn. Po trzech latach przerwy po mieście ponownie zaczyna grasować seryjny morderca, który gołymi rękoma wyrywa ludziom serca. Na jego tropie jest policjant Harley Stone, któremu przed laty morderca zabił partnera. Stone będzie go ścigał za wszelką cenę, nie zważając na protokoły.

W mgnieniu oka to film, który w idealnych proporcjach miesza kino policyjne lat 90, z dystopijnym filmem science fiction, oraz mrocznym horrorem w klimacie monster movie. Sceneria to jeden z największych atutów tej produkcji. Brudne ulice podtopionego miasta, odrapane budynki pokryte graffiti oraz nocne kluby pełne zakapiorów i striptizerek tworzą gęstą, niemal klaustrofobiczną atmosferę. To świat, w którym słońce zdaje się nigdy nie wschodzić, a wilgoć czuć niemal fizycznie przez ekran.

Sercem tego filmu jest bez wątpienia Rutger Hauer, znany z Łowcy androidów. Tutaj wciela się w Harleya Stone’a – rozchwianego emocjonalnie twardziela, który wygląda, jakby nie spał od tygodnia i żywił się wyłącznie kawą oraz cygarami. Stone to ikona stylu tamtej ery: nosi charakterystyczny prochowiec, okrągłe okulary i ma głęboką obsesję na punkcie dorwania zabójcy swojego dawnego partnera. To typ policjanta, który protokoły traktuje jak luźne sugestie, a futurystyczne spluwy uważa za jedyny skuteczny środek komunikacji.

Film nie szczędzi nam mocnych wrażeń, serwując solidną dawkę gore in postaci zmasakrowanych korpusów pozbawionych serc. Całość dopełniają liczne strzelaniny z użyciem potężnego, futurystycznego arsenału, przaśne onelinery rzucane przez Hauera oraz intrygujący wątek okultystyczny, który nadaje całości głębi. Reżyser często korzysta z ujęć z punktu widzenia mordercy obserwującego bohaterów z ukrycia, co skutecznie buduje napięcie.

W mgnieniu oka to brudny, mokry i niesamowicie stylowy film science fiction. Jeśli kochasz Rutgera Hauera w roli twardziela i klimat Londynu, który wygląda jak jedno wielkie wysypisko śmieci, będziesz zachwycony.

Rutger Hauer walczył z mordercą z krwi i kości, ale co, jeśli zagrożenie jest całkowicie mechaniczne i potrafi odbudować się z kawałka złomu? Przekonajmy się, odwiedzając pustkowia z filmu Hardware.

Hardware

Moe, zbieracz złomu przynosi swej dziewczynie Jill głowę robota znalezioną na pustyni. Okazuje się że to fragment tajnego rządowego projektu nazwanego Mark 13, którego jedynym zadaniem była eksterminacja ludzi. Robot posiada zdolność autoregeneracji i w ciasnym, klaustrofobicznym mieszkaniu Jill zaczyna powoli odbudowywać swoje stalowe ciało z tego, co ma pod ręką.

Hardware to horror science fiction rozgrywający się w ponurej, dystopijnej przyszłości. Wielkie, industrialne miasta okrywa całun smogu, a wokół piętrzą się rdzawe pustynie oraz składowiska szrotu. Po nich włóczą się zbieracze złomu handlujący odnalezionymi artefaktami. Gdy Moe przynosi Jill głowę robota, ten szybko rekonstruuje resztę cybernetycznego ciała pełnego dodatkowych kończyn, wierteł i pił tarczowych.

Robotę robi tu niesamowita, halucynogenna warstwa audiowizualna. Stanley operuje jaskrawą czerwienią, pomarańczą i neonowym błękitem, tworząc klimat, który balansuje na granicy jawy i narkotycznego snu. Mark 13 nie jest sterylną maszyną z przyszłości – to rdzewiejący, biomechaniczny pająk, który w mroku mieszkania wygląda jak demon.

Na uwagę zasługują gościnne występy Lemmyego Kilmistera z Motorheada w roli taksówkarza oraz Iggyego Popa jako prezentera radiowego.

Jeśli myśleliście, że cyberpunk to tylko lśniące wieżowce z Blade Runnera, to Hardware brutalnie sprowadzi Was do parteru. To film brudny, duszny i przesiąknięty zapachem rozgrzanego metalu, kwintesencja ery VHS, która miesza stylistykę Terminatora z narkotycznym, postapokaliptycznym koszmarem. Debiut Richarda Stanleya to dzieło kultowe, które za grosze stworzyło świat tak sugestywny, że do dziś czuć piach w zębach podczas seansu.

W Hardware zagrożeniem było ciasne mieszkanie. Ale prawdziwa klaustrofobia zaczyna się tam, gdzie nie ma nawet powietrza, a jedyną drogą ucieczki jest wejście do dryfującego wraku na orbicie.

Jeśli myśleliście, że rdzewiejący robot na pustyni to szczyt klaustrofobii, to teraz wyłączamy grawitację i gasimy światło. Kolejny film był „Ukrytym Wymiarem” zanim to było modne. Ile motywów z tej produkcji znajdziecie w późniejszych hitach? Sprawdźmy.

Ciemna strona księżyca

Rok 2022. Załoga międzyplanetarnego promu kosmicznego ulega poważnej awarii. Ich jedyną szansą na przetrwanie staje się stary, opuszczony statek dryfujący w pobliżu ciemnej strony Księżyca. Wejście na pokład wraku zamiast ratunku przynosi jednak makabryczne odkrycie: zmasakrowane zwłoki członka dawnej załogi. Wkrótce bohaterowie będą musieli zmierzyć się z czystym, metafizycznym złem.

Jeśli szukacie filmu, który przetarł szlaki dla takiego klasyka jak Ukryty wymiar, to Ciemna strona księżyca jest pozycją, którą musicie nadrobić.

To, co w tej produkcji najbardziej robi robotę, to niesamowicie duszna, klaustrofobiczna atmosfera. Twórcy genialnie wykorzystali niski budżet, stawiając na industrialny brud i mrok. Opuszczony statek to labirynt pełen skorodowanego sprzętu, zmurszałych ścian i niepokojących pozostałości po ludziach, którzy byli tam przed nami. Ta sceneria sprawia, że widz niemal fizycznie czuje chłód kosmicznej pustki i narastające osaczenie, które towarzyszy bohaterom w każdym kroku.

Fabuła serwuje nam szalony, ale fascynujący miks motywów. Mamy tu odważne połączenie tajemnic Trójkąta Bermudzkiego z wątkami biblijnymi, co nadaje całości niemal apokaliptycznego ciężaru. Warto zwrócić uwagę na postać kobiecego androida o imponujących kształtach. Pełni ona rolę zaawansowanego systemu operacyjnego, będąc czymś w rodzaju współczesnego chatu AI z lat 90., co z dzisiejszej perspektywy ogląda się z lekkim uśmiechem, ale i uznaniem dla wizji twórców.

Kiedy na scenę wkraczają chodzące trupy, a potężna, nieznana siła przejmuje kontrolę nad statkiem, film wchodzi w rejony bezkompromisowego horroru. To idealna propozycja dla fanów klimatów, w których statek kosmiczny okazuje się być portalem do piekła.

Jeśli wizja statku jako portalu do piekła wydaje się wam znajoma, to następny tytuł bierze ten koncept i zamienia go w krwawą jazdę bez trzymanki, prosto z jednej z najbardziej kultowych gier w historii.

Wiem, co teraz myślicie. Doom: Annihilation? Przecież to paździerz i najgorsza ekranizacja w historii. Dajcie mi 60 sekund, żeby udowodnić wam, jak bardzo się mylicie i dlaczego fani gry z 2016 roku powinni dać mu szansę.

Doom: Annihilation

Grupa komandosów ląduje w tajnej bazie na Fobosie, gdzie eksperymenty z teleportacją poszły bardzo nie tak. Zamiast naukowców zastają krwawe łaźnie i pracowników zmienionych w potwory, a ich jedynym celem jest przywrócenie zasilania i ucieczka z tego piekła.

Jeśli podchodziliście do Doom: Annihilation jak do murowanego kandydata na listę najgorszych ekranizacji gier w historii, to możecie się srodze zdziwić. To niskobudżetowy horror science fiction, który zamiast silić się na zbędną filozofię, bierze fundamenty z gry z Doom z 2016 roku i robi z nich zaskakująco solidne kino klasy B.

Największym plusem tej adaptacji jest jego fabularna szczerość i wierność mechanice gier FPS. Twórcy nie silili się na nic więcej, czego nie oferowałaby dobra strzelanka. Mamy tu klasyczny schemat: desant, przeczesywanie opustoszałej bazy, krótkie odprawy z ocalałymi i nieustanną konfrontację z zagrożeniem. Dzięki temu, że scenariusz nie próbuje być mądrzejszy od materiału źródłowego, film ogląda się szybko i bez poczucia zażenowania, które często towarzyszy wysokobudżetowym, ale nietrafionym adaptacjom.

Drugim ogromnym plusem jest dbałość o detale i miłość do uniwersum Dooma. Scenografia wygląda, jakby żywcem wyjęto ją z monitora, od industrialnych, ciemnych korytarzy po śluzy otwierane charakterystycznymi przyciskami. Fanów ucieszy widok kolorowych kart dostępu znajdywanych przy zwłokach oraz ikoniczny arsenał. Zobaczymy tu wszystko: od pistoletów i strzelb, przez piłę mechaniczną, aż po legendarne BFG 9000. To właśnie te smaczki sprawiają, że mimo niskiego budżetu, produkcja ma swój unikalny charakter i szacunek do gracza.

Oczywiście, trzeba przymknąć oko na pewne niedostatki finansowe. Najbardziej boli ograniczona liczba przeciwników. Dostajemy głównie zombie oraz rzucające kulami ognia impy, co pozostawia spory niedosyt. Aż chciałoby się zobaczyć na ekranie chociaż jednego Kakodemona. Mimo to, jeśli szukacie bezpretensjonalnej rozrywki w klimacie sci-fi horroru i nie przeszkadza Wam prostota fabuły, Doom: Annihilation okaże się jedną z milszych niespodzianek w świecie filmów na podstawie gier.

Zanim przejdziemy do finału, mam dla was zagadkę. Co łączy jedną z największych seksbomb lat 70., legendę „Spartakusa” i… robota, który ma w szklanej tubie ludzki mózg? Odpowiedź jest bardziej przerażająca, niż możecie przypuszczać.

Saturn 3

Alex i Adam, para kochanków mieszkających samotnie na księżycu Saturn 3 stara się wyhodować żywność dla niedożywionej Ziemi. Pewnego dnia przylatuje do nich kapitan Benson, aby wspomóc ich pracę najnowszym osiągnięciem techniki – robotem Hectorem. Niestabilny psychicznie Benson przekazuje maszynie swe najgorsze instynkty przez co Hector zaczyna dla wszystkich stanowić zagrożenie.

Saturn 3 to gęsty, brytyjski horror kosmiczny, który bierze na warsztat klasyczny motyw Frankensteina i rzuca go w próżnię.

Film skupia się na psychologicznym fundamencie grozy. Zaprogramowany przez Bensona Hector przestaje być pomocnym narzędziem, a staje się bezlitosnym drapieżnikiem Alfa. Saturn 3 genialnie porusza tematykę technologii, która w służbie człowiekowi nagle obraca się przeciwko niemu. To duszna opowieść o tworzeniu cybernetycznego monstrum, które zamiast pomagać, zaczyna polować na swoich stwórców w klaustrofobicznych korytarzach bazy.

Wizualnie film robi wrażenie mimo skromnych środków, zwłaszcza za sprawą designu samego Hectora. Połączenie stalowych mięśni z rurkami wypełnionymi płynem i wielkim mózgiem zamkniętym w szklanej tubie nadaje mu unikalny, odrażający wygląd. Brak humanoidalnej głowy sprawia, że robot ma w sobie coś obcego, niemal owadziego, a świdrujący głos, który wydaje z siebie w chwilach wzburzenia, potrafi wywołać autentyczny niepokój. Całość dopełnia elektroniczna, futurystyczna muzyka, która idealnie podbija atmosferę osaczenia panującą w stalowych korytarzach rozświetlonych jedynie zimnymi, niebieskimi diodami. W role Alex i Adama wcieliły się zaś wielkie nazwiska tamtej epoki: Kirk Douglas oraz Farrah Fawcett.

Saturn 3 to skromny pod względem obsady, ale niesamowiecie klimatyczny horror, który udowadnia, że najwięcej strachu budzi to, co miało nam służyć, a stało się naszą zgubą.

Jak widzicie, lata 80. i 90. to prawdziwa kopalnia biomechanicznych koszmarów, o których dzisiejsze kino często zapomina. Który z tych filmów najbardziej zapadł wam w pamięć, a może o jakimś usłyszeliście dzisiaj po raz pierwszy? Dajcie znać w komentarzach, czy chcielibyście drugą część tego zestawienia, bo moja lista zapomnianych perełek jest jeszcze długa.

Exit mobile version