Wyobraź sobie scenariusz: tajna komórka rządu USA porywa pasażerski samolot i kieruje go prosto w wieżę World Trade Center, żeby wywołać wojnę na Bliskim Wschodzie. Brzmi jak klasyczna, szalona teoria spiskowa, prawda?
A co jeśli powiem ci, że ten scenariusz został wyemitowany w amerykańskiej telewizji jako odcinek serialu… dokładnie sześć miesięcy przed tym, jak samoloty naprawdę uderzyły w wieże Nowego Jorku?
To nie był przypadek. To była zaledwie iskra w gigantycznym pożarze paranoi, który w latach 90. ogarnął cały glob. Dziś zejdziemy do piwnicy FBI, by odkryć kompletną, mroczną i pełną nostalgii historię fenomenu, który nauczył nas kwestionować wszystko: Z Archiwum X. Bo prawda… wciąż tam jest.
Materiał ten obejrzysz także na Youtube:
Ale zanim ta prawda ujrzała światło dzienne, Ameryka musiała najpierw oszaleć. Bo paranoja nie rodzi się w próżni.
Żeby zrozumieć, dlaczego Z Archiwum X w ogóle mogło powstać i odnieść tak gigantyczny sukces, musimy cofnąć się do początku lat 90-tych. Ameryka przeżywała wtedy głęboki kryzys tożsamości. Właśnie skończyła się Zimna Wojna. Główny zewnętrzny wróg, Związek Radziecki, przestał istnieć.
Wtedy obywatele mocniej zaczęli przyglądać się własnemu podwórku. Pokolenie, które dorastało w cieniu afery Watergate i kłamstw na temat wojny w Wietnamie, miało już głęboko zakorzenioną nieufność do Białego Domu. Ludzie podświadomie czuli, że skoro nie ma już zewnętrznego zagrożenia, to potężny aparat militarny i szpiegowski USA musi mieć nowy, ukryty cel. Amerykanie byli głodni opowieści, które głośno nazwałyby ich lęki. Brakowało tylko iskry, która podpaliła by ten lont.
Tą iskrą okazał się Chris Carter. Człowiek, który na pierwszy rzut oka zupełnie nie pasował do mrocznego, paranoicznego świata. Był kalifornijskim surferem, z wykształcenia dziennikarzem, który przez lata pisał do magazynu Surfing Magazine. Jak sam wspomina, przełom w jego głowie nastąpił, gdy natrafił na głośny raport instytutu Roper Poll z początku lat 90-tych.
Wynikało z niego coś absolutnie zaskakującego. Blisko 3,7 miliona amerykanów wierzyło, że w ten czy inny sposób zostali porwani przez obcych, poddawani eksperymentom medycznym i zwróceni na Ziemię z wymazaną pamięcią. Carter doznał olśnienia. Zrozumiał, że UFO nie jest już tylko domeną wariatów z pustyni w Nowym Meksyku. To była masowa, nowoczesna religia, karmiona tajemnicami rządu. Carter postanowił stworzyć serial, który połączy klasyczny policyjny procedural w stylu Milczenia Owiec z czystym horrorem science-fiction.
Kluczem do sukcesu nie były jednak statki kosmiczne, ale oni. Dwoje skrajnie różnych ludzi zepchniętych do piwnicy FBI. To nie był zwykły duet śledczych. To było zderzenie dwóch potężnych religii: ślepej wiary i bezwzględnej nauki.
Agent Fox Mulder, genialny profiler, który zniszczył swoją karierę, bo wierzył, że jego siostra Samantha została uprowadzona przez kosmitów. Mulder stał się archetypem romantycznego neurotyka, który dla prawdy poświęci wszystko.
No i jego całkowite przeciwieństwo – Dana Scully. Lekarka, patolog, twardo stąpająca po ziemi, która ufa tylko temu, co może zważyć, zmierzyć i zbadać pod mikroskopem. Została przydzielona do Muldera przez przełożonych nie po to, by mu pomagać, ale by go szpiegować i merytorycznie obalać jego teorie.
To, co stało się z postacią Scully, przeszło do historii socjologii jako “Efekt Scully”. Po raz pierwszy w telewizji głównego nurtu kobieta naukowiec nie była tylko ładnym tłem dla mężczyzny, ale intelektualnym i moralnym filarem opowieści. Badania potwierdziły, że po premierze serialu nastąpił gigantyczny, lawinowy wzrost kobiet decydujących się na studia na kierunkach ścisłych, medycynie i wstępujących w szeregi organów ścigania. Scully stała się ikoną popkulturowego feminizmu.
Dzisiaj nie wyobrażamy sobie nikogo innego w tych rolach, ale droga do tego castingu była krwawą bitwą Cartera z władzami stacji FOX. David Duchovny miał już pewną renomę, choć sam uważał scenariusz pilota za dość absurdalny, i nie wierzył, że serial przetrwa choćby jeden sezon.
Prawdziwe piekło rozpętało się jednak wokół Gillian Anderson. Dziewczyna miała zaledwie 24 lata i zerowe doświadczenie przed kamerą telewizyjną. Włodarze FOX-a byli wściekli. Chcieli, aby partnerką Duchovnego była wysoka, długonoga, biuściasta blondynka w stylu Pameli Anderson. Ktoś, kto przyciągnie przed ekrany męską widownię samym wyglądem. Seksapil miał wygrywać z intelektem.
Chris Carter postawił jednak sprawę na ostrzu noża. Powiedział, że albo Scully zagra Gillian, skromna, ruda dziewczyna o przenikliwym spojrzeniu która emanowała inteligencją, albo on rezygnuje z projektu. Stacja ugięła się w ostatniej chwili. Carter wygrał, a chemia, która narodziła się między tą dwójką na planie, choć podszyta prywatnymi konfliktami, o których opowiem później, stała się sercem i duszą tego serialu. Paranoja miała od teraz dwie twarze. I obie były cholernie magnetyczne. Ale nawet najlepszy duet potrzebuje genialnej formy. I to właśnie ta forma zderza się z tym, jak dziś konsumujemy seriale.
Dzisiejszy widz, przyzwyczajony do platform streamingowych, oczekuje jednej, ciągłej fabuły od pierwszego do ostatniego odcinka. Ale w latach 90-tych telewizja rządziła się innymi prawami. Gdyby Chris Carter serwował co tydzień tylko ciężką, skomplikowaną opowieść o kosmitach, widzowie szybko poczuliby się zmęczeni. Gdyby z kolei kręcił tylko same autonomiczne horrory, serial stałby się wtórny.
Carter dokonał więc genialnego podziału na dwa filary. Pierwszym była mitologia – rzadko rozsiane, kluczowe odcinki budujące sagę o globalnym spisku rządu z pozaziemską cywilizacją. Drugim, znacznie częstszym formatem, były odcinki monster of the week, czyli potwory tygodnia. To były zamknięte, rasowe mini-horrory, w których Mulder i Scully jechali w najdalsze zakątki Ameryki, by badać lokalne anomalie, mity i dewiacje natury. To właśnie ten dualizm sprawił, że Z Archiwum X stało się niedoścignym wzorem dla przyszłych hitów, takich jak Supernatural czy Fringe.
Zatrzymajmy się przy potworach, bo to one najmocniej wyryły się w pamięci dzieciaków z tamtych lat. Pierwszym potworem, który udowodnił, że ten serial nie ma hamulców, był Eugene Victor Tooms z odcinków Squeeze oraz Tooms z pierwszego sezonu. Genialnie zagrany przez Douga Hutchisona mutant, który potrafił rozciągać swój szkielet, by przecisnąć się przez najwęższe szczeliny, przewody wentylacyjne czy kominy. Tooms polował co trzydzieści lat, zjadając ludzkie wątroby, by po makabrycznej uczcie zapaść w kolejny sen zimowy w gnieździe zrobionym z gazet i żółci. Po tym odcinku miliony ludzi na całym świecie zaczęły ze strachem spoglądać na kratki wentylacyjne we własnych mieszkaniach.
Aliści jeśli Tooms budził niepokój, to Flukeman z odcinka The Host z drugiego sezonu budził czyste obrzydzenie. To człowiek-tasiemiec, który przypłynął do USA w zbiornikach balastowych rosyjskiego frachtowca i zamieszkał w miejskiej kanalizacji z New Jersey. Pasożyt rozmnażał się poprzez ugryzienie, wprowadzając larwy do ciał żywych ofiar.
I tutaj mała zakulisowa ciekawostka. W środku tego obrzydliwego, pokrytego lateksem i sztucznym śluzem kostiumu pocił się i cierpiał Darin Morgan. Prywatnie był to brat producenta wykonawczego serialu, Glena Morgana. Darin wspominał, że charakteryzacja trwała tyle godzin, że nie mógł w jej trakcie even pójść do toalety. Co więcej, lateksowa maska prawie całkowicie odcinała dopływ powietrza.
W historii Archiwum X jest jednak jeden odcinek, który przekroczył wszelkie granice dopuszczalne w ogólnokrajowej telewizji lat 90-tych. Mowa o odcinku Home z 4 sezonu. Scenarzyści zainspirowali się prawdziwą historią z autobiografii Charliego Chaplina oraz autentycznym przypadkiem klanu Wardów, izolującego się od świata, upośledzonej rodziny z USA.
Fabuła kręci się wokół rodziny Peacocków, trzech zdeformowanych braci żyjących na zrujnowanej farmie bez prądu i bieżącej wody. Gdy na ich polu dzieci odnajdują płytki grób ze zwłokami niemowlęcia z potwornymi wadami genetycznymi, Mulder i scully wkraczają do akcji. Odkrywają koszmarną prawdę o kazirodztwie, które trwa w tej rodzinie od czasów Wojny Secesyjnej. Najbardizej ikoniczna i przerażająca scena to ta, w której agenci odnajdują matkę braci, pozbawioną rąk i nóg kobietę-kadłubek, przywiązaną do deski na kółkach, która z dumą opowiada o płodzeniu kolejnych potworków.
Poziom brutalności, makabryczny humor i motyw zabójstwa noworodka zaszokowały cenzorów. Stacja FOX wyemitowała ten odcinek tylko raz, opatrująć go najwyższym ostrzeżeniem dla widzów, a następnie na lata nałożyła całkowity zakaz jego powtórnych emisji. Do dziś Home uchodzi za jeden z najmroczniejszych epizodów w historii światowej telewizji.
Wiem, co teraz myślicie. Jak po historii o kazirodztwie, mutantach i kobiecie-kadłubku przejść do… romantycznych westchnień? Brzmi to absurdalnie, ale to właśnie ten niesamowity kontrast trzymał nas przed ekranami.
Ale potwory i mutanci to była tylko fasada. Prawdziwym paliwem, które trzymało miliony ludzi w emocjonalnym szachu przez setki odcinków, było napięcie psychoseksualne między Mulderem i Scully.
Dziś mało kto pamięta, że Z Archiwum X to jeden z premierszych seriali, który ukształtował nowoczesny internet i kulturę fanowską. To właśnie w połowie lat 90-tych na wczesnych forach internetowych narodziło się słowo “shipping”. Od angielskiego słowa relationship. Fani dzielili się na dwa obozy – shippers, którzy desperacko żądali, aby para agentów w końcu rzuciła się sobie w ramiona, oraz “NoRoms”, od no romance, którzy uważali, że romans zniszczy unikalną, platoniczną dynamikę serialu.
Chris Carter bawił się widzami w kotka i myszkę z sadystyczną wręcz satysfakcją. Przez lata obiecywał w wywiadach “Nigdy nie połączę ich w parę”. Scenarzyści pisali sceny tak, by agenci bez przerwy ocierali się o wyznanie miłości, tylko po to, by w kluczowym momencie romantyczny pocałunek został przerwany przez użądlenie zmutowanej pszczoły. To legendarne napięcie stało się esencją serialu. Sprawiało, że nawet jeśli odcinek był słabszy, widz i tak wracał za tydzień, mając nadzieję, że to właśnie tym razem padną upragnione słowa. Ta miłosna obsesja była jednak doskonałą zasłoną dymną. Kiedy widzowie kłócili się o uściski dłoni, twórca serialu podbierał sekrety bezpośrednio z biurek amerykańskich generałów.
Czas na najmocniejszy punkt naszej podróży. Wiele osób oglądających Z Archiwum X w latach 90-tych traktowało wątek rządowego spisku jako czystą, genialną fikcję literacką Chrisa Cartera. Prawda jest jednak znacznie bardziej niepokojąca. Carter nie musiał wymyślać globalnego spisku od zera. On po prostu wziął autentyczne, odtajnione dokumenty armii Stanów Zjednoczonych i ubrał je w ramy popkultury.
Kluczowy dla mitologii serialu “Syndykat”, czyli tajemnicza rada cieni rządząca światem z tylnych siedzeń luksusowych limuzyn, to bezpośrednie nawiązanie do legendarnego komitetu Majestic 12. Według ufologów miała to być ściśle tajna grupa złożona z amerykańskich naukowców, wojskowych i urzędników, powołana w 1947 roku przez prezydenta Trumana po katastrofie w Roswell, mająca na celu ukrywanie prawdy o kontakcie z obcymi.
Co więcej, serialowy format Archiwum X bezpośrednio kopiuje autentyczny, rządowy program sił powietrznych USA o kryptonimie Project Blue Book. W latach 1952 – 1969 amerykański agenci i naukonowcy zbadali ponad dwanaście tysięcy zgłoszeń dotyczących UFO. I dokładnie tak jak w serialu, większość spraw została oficjalnie zamknięta jako “zjawiska naturalne” lub “złudzenia optyczne”, ale setki akt do dziś pozostały niewyjaśnione, stanowiąc pożywkę dla wsobecnej paranoi.
Dzisiaj strefa 51 to mem. Każdy wie o bazie wojskowej na pustyni w Nevadzie, ludzie organizowali szturmy na jej bramy, a motyw ukrytych tam talerzy kosmicznych pojawia się w co drugiej komedii o UFO. Ale w 1993 roku, kiedy startowało Z Archiwum X, rząd USA v ogóle oficjalnie nie przyznawał się istnienia bazy Groom Lake.
Serial dokonał czegoś niesamowitego. Wyciągnął tę tajną bazę z niszowych opowieści lokalnych mieszkańców i uczynił z niej globalny symbol rządowego kłamstwa. W kultowym, dwuczęściowym odcinku Dreamland z 6 sezonu, Carter pokazał strefę 51 nie jako miejsce pełne zielonych ludzików, ale jako poligon doświadczalny dla technologii stealth, napędów antygrawitacyjnych i testów broni opartej na obcej technologii. Najstraszniejsze w wizji serialu było to, że największym sekretem strefy 51 nie byli sami obcy, ale bezwzględność ludzi, którzy zarządzali tym miejscem, zdolni wymazać z mapy całe miasteczka, byle tylko zachować tajemnice.
Nie byłoby jednak tej całej mitologii bez postaci, która stała się uosobieniem czystego, systemowego zła. Palacz. Przez pierwsze sezony nie znaliśmy nawet jego imienia, nie wiedzieliśmy dla kogo pracuje. Stał w gabinetach potężnych dyrektorów FBI, palił papierosy marki Morley i milczał, niszcząc dowody jednym skinieniem ręki.
W czwartym sezonie dostaliśmy odcinek absolutnie genialny. Wspomnienia człowieka z papierosem. Scenarzyści poszli na całość i przepisali najmroczniejszą historię USA XX wieku. Dowiadujemy się z niego, że młoedy Palacz osobiście pociągnął za spust in Dallas in 1963 roku, zabijając prezynenta Kennedy’ego, a winę zrzucił na Lee Harveya Oswalda. To on kilka lat później zorganizował zamach na Martina Luthera Kinga, ponieważ ten zaczął zagrażać interesom Syndykatu.
Najbardziej genialna, a zarazem przerażająca scena pokazuje Palacza jako człowieka, o niespełnionych ambicjach pisarskich, który przy stole wigilijnym decyduje o tym, kto wygra tegoroczny Super Bowl i manipuluje wynikami rozdania Oscarów, traktując losy świata jak partię szachów. Carter dał nam potwora doskonałego. Urzędnika państwowego bez twarzy, który decyduje, co społeczeństwo ma prawo wiedzieć, a co ma pozostać w mroku.
I jest jeszcze jeden fakt, który do dzisiaj wywołuje gęsią skórkę u każdego badacza popkultury. Mowa o samotnych strzelcach. Byers, Frohlike i Langly, trójka genialnych, lekko paranoicznych hakerów i wydawców niszowego, podziemnego czasopisma, którzy bez przerwy pomagali Mulderowi włamywać się do rządowych baz danych. Byli tak uwielbiani przez fanów, że na początku 2001 roku stacja FOX dała im własny, osobny serial. I teraz skupcie się. 4 marca 2001 roku wyemitowano odcinek pilotażowy serialu The Lone Gunmen.
Fabuła? Tytułowi Samotni Strzelcy odkrywają spisek wewnątrz amerykańskiego rządu i struktur wojskowych. Tajna frakcja decyduje się na przeprowadzenie fałszywego ataku terrorystycznego. Przejmują zdalną kontrolę nad pasażerskim Boeingiem 727 i kierują go prosto na wieżę World Trade Center in Nowym Jorku. Cel? Zrzucenie winy na zagranicznych ekstremistów, zjednoczenie narodu przeciwko nowemu wrogowi i napędzenie gigantycznych zysków dla amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego poprzez wywołanie nowej wojny na Bliskim Wschodzie. W ostatniej sekundzie odcinka bohaterom udaje się zhakować system samolotu i poderwać maszynę tuż przed uderzeniem w szklaną ścianę wieżowca.
Ten odcinek wyemitowano dokładnie 6 miesięcy i 7 dni przed tragicznymi wydarzeniami z 11 września 2001 roku, kiedy prawdziwe samoloty uderzyły w prawdziwe wieże WTC. Gdy po zamachach producenci i fani wrócili do tego materiału, zapanowało absolutne przerażenie. Scenariusz, który zrodził się w głowach twórców jako fikcyjna teoria spiskowa, z niemal chirurgiczną precyzją przewidział to wydarzenie. Przypadek? Czy może niesamowita, przerażająca intuicja scenarzystów, którzy zbyt dobrze rozumieli mechanizmy władzy? Prawda, jak zwykle, leży gdzieś pośrodku.
Teorie spiskowe i kosmici to jedno. Ale czy uwierzysz, że największym wrogiem całej produkcji nie byli rządowi agenci, ale… pogoda?
Czas zejść z poziomu rządowych spisków na ziemię. A dokładnie w głębokie, zimne błoto kanadyjskich lasów. Przez pierwsze pięć sezonów sercem i unikalną wizytówką Z Archiwum X był jego duszny klimat. Ta wieczna mgła, zgnilizna i deszcz, który zdawał się sączyć z ekranu prosto do naszych salonów.
To nie był efekty specjalne. Ekipa kręciła materiał in Vancouver i okolicznych lasach Kolumbii Brytyjskiej. Warunki były potworne. Plan zdjęciowy trwał często po 16 godzin na dobę, głównie w nocy, przy temperaturach bliskich zeru i permanentnej ulewie. Aktorzy byli skrajnie wycieńczeni.
W 1998 roku David Duchovny postawił stacji ultimatum. Albo przeniosą produkcję do słoncznej Kaliforni, albo on odchodzi. Tęsknił za żoną, Teą Leoni, i miał serdecznie dość kanadyjskiej zimy. Carter ugiął się i od 6 sezonu Archiwum przeniosło się do Los Angeles. I to był potężny cios dla klimatu serialu. Choć scenarzyści robili co mogli, fani od razu wyczuli zmianę. Mroczne, niepokojące lasy zostały zastąpione przez kalifornijskie pustynie i sterylne, słoneczne przedmieścia. Z Archiwum X straciło swoją wizualną duszę, a mrok nocy musiał ustąpić miejsca hollywoodzkiemu słońcu. I tak jak kalifornijskie słońce zatarło mroczny klimat serialu, tak blask fleszy i nagród skutecznie maskował niezwykle chłodną prawdę, która panowała na samym planie.
Wróćmy jednak do naszych głównych bohaterów. Na ekranie ich chemia była absolutnie magnetyczna. Każde spojrzenie, subtelny dotyk dłoni, sposób, w jaki Mulder poprawiał Scully kosmyk rudych włosów. Miliony ludzi wierzył, że ci aktorzy skrycie się kochają. Prawda zza kulis rzuca jednak na ten duet zupełnie inne światło. Przez pierwsze lata kręcenia serialu David Duchovny i Gillian Anderson szczerze się nienawidzili.
Wyobraźcie sobie sytuację. Dwoje młodych, ambitnych ludzie zostaje wrzuconych in nieludzki harmonogram pracy. Spędzają ze sobą niemalże każdy dzień. Zmarznięci, przemoczeni, in permanentnym stresie. W pewnym momencie doszło do tego, że nie potrafili na siebie patrzeć poza ujęciami. Potrafili przez całe tygodnie nie odezwać się do siebie ani słowem prywatnie. Anderson wspominała po latach, że ich relacja była jak toksyczne małżeństwo. Kłócili się o kompletne bzdury. O to, kto ma lepszą przyczepę, albo kto pierwszy wchodzi do garderoby. Fakt, że na ekranie stworzyli jeden z najbardziej zgranych i poruszających duetów in historii telewizji, to nie zasługa wielkiej przyjaźni, ale czystego kunsztu aktorskiego. Ta ekranowa chemia była in rzeczywistości podszyta potężnym napięciem i wzajemną frustracją.
Zakulisowe paradoksy na tym się nie kończą. Weźmy postać Palacza. William B. Davis zagrał potwora bez sumienia, który niszczył ludzkie życia z papierosem w ręku. Prywatnie Davis był absolutnym przeciwieństwem swojej postaci. Był zapalonym instruktorem narciarstwa wodnego, rygorystycznym wegetarianinem i zatwardziałym niepalącym, który tytoń rzucił dekadę przed rolą życia. Żeby nie zniszczyć sobie zdrowia, na planie miał palić specjalne, beztytoniowe papierosy ziołowe, których zapachu z całego serca nienawidził. Mało tego, jako zadeklarowany racjonalista, Davis był potężnym sceptykiem in sprawach UFO i często publicnie kpił z teorii spiskowych, które jego bohater wprowadzał in życie.
Z kolei dla Gillian Anderson praca na planie była nie tylko walką z pogodą i Duchovnym, ale też z dyskryminacją płacową. Gdy serial stał się globalnym megahitem, Anderson odkryła, że zarabia połowę tego, co David Duchovny. Producenci traktowali ją jak dodatek do głównego bohatera. Przez pierwsze 3 sezony reżyserzy mieli zakaz wypuszczania Anderson przed Duchovnego w kadrze. Scully musiała zawsze iść krok za Mulderem, a ze względu na niski wzrost aktorki, Gillian często musiała stać na specjalnej, drewnianej skrzynce, tak zwanej Scully Box, żeby w ogóle zmieścić się in jednym kadrze ze swoim partnerem. Anderson musiała stoczyć długą, upokarzającą batalię prawną, grożąc odejściem z serialu, by w końcu wywalczyć równość płacową i szacunek, na jaki w pełni zasłużyła.
Warto też wspomnieć o czymś, co fani nazywają klątwą Z Archiwum X. Praca przy tak mrocznym materiale budziła in ekipie podskórny lęk, a na planie dochodziło do niewyjaśnionych incydentów.
Najlepszym przykładem był 5 sezon i odcinek Chinga, do którego scenariusz napisał sam król horroru, Stephen King. Opowiadał on o opętanej, morderczej lalce, która zmuszała ludzi do samookaleczania. Podczas kręcenia scen in małym miasteczku in Nowej Anglii, urządzenia elektroniczne na planie bez przerwy odmawiały posłuszeństwa. Kamery potrafiły wyłączyć się in ułamku sekundy przy w pełni naładowanych bateriach.
Najbardziej przerażający incydent wydarzył się jednak in nocy, in magazynie rekwizytów. Jedna z mechanicznych lalek wykorzystywanych in odcinku, która miała całkowicie wyciągnięte mechanizmy zasilania oraz baterie, nagle zaczęła się poruszać i powtarzać swoją filmową kwestię – Pobawmy się. Przerażony stróż nocny rzucił pracę następnego dnia. Czy to był tylko głupi kawał ekipy technicznej, czy może mroczna energia Kinga przeniknęła do rzeczywistości? Ekipa nigdy nie poznała odpowiedzi, ale od tamtego momentu wszystkie rekwizyty związane z horrorami były po skończonych zdjęcia natychmiast zamykane in metalowych skrzyniach i wywożone z planu. Strach stał się integralną częścią tej produkcji.
Jedyną jednak rzecz nie może trwać wiecznie. Ta bolesna prawda dopadła również Z Archiwum X. Pod koniec lat 90-tych, po przenosinach do Los Angeles, in serialu zaczęło dochodzić do potężnych tarć. David Duchovny był zmęczony rolą, która go zaszufladkowała. Wdał się też in potężny proces sądowy ze stacją FOX o zyski ze sprzedaży praw do emisji serialu in innych miejscach. Efekt? W 8 sezonie Fox Mulder niemal całkowicie znika z ekranu. Zostaje porwany przez obcych, a ciężar prowadzenia Archiwum spada na barki samotnej Scully.
Żeby ratować format, Chris Carter zatrudnił Roberta Patricka, legendarnego T-1000 z Terminatora 2, jako agenta Johna Doggetta. Patrick zagrał kapitalnie. Stworzył postać twardego, sceptycznego gliniarza z Nowego Jorku, który musiał wejść in buty Muldera. Odwrócono dynamikę. Teraz to Doggett był racjonalistą, a Scully, po latach doświadczeń, stała się tą wierzącą.
Choć sezony 8 i 9 miały świetne, mroczne momenty, fani byli bezwzględni. Z Archiwum X bez Muldera było jak Gwiezdne Wojny bez Luke’a Skywalkera. Oglądalność zaczęła lecieć na łeb, na szyję. Co gorsza, mitologia serialu zapętliła się in surrealistyczny węzeł. Carter tak bardzo gmatwał wątki kolonizacji Ziemi, czarnej mazi, hybryd ludzi i obcych oraz super żołnierzy, że pod koniec sam zapomniał odpowiedzi na pytania, które zadał in pierwszym sezonie. Wielki finał z 2002 roku pozostawił widzów z potężnym uczuciem niedosytu i frustracji.
Po latach milczenia, in 2016 roku, stacja FOX postanowiła zagrać na najtańszym z możliwych uczuć. Na nostalgii. Ogłoszono powrót kultowego duetu in sezonach 10 i 11. Świat oszalał z zachwytu. Starsi już David Duchovny i Gillian Anderson znów stanęli obok siebie przed kamerą.
Niestety, ten powrót okazał się bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Świat poszedł do przodu, a Chris Carter został in latach 90-tych. Nowe odcinki mitologicznie były chaotyczne, przeładowane absurdalnymi zwrotami akcji, jak chociażby rewelacja, że Palacz był biologicznym ojcem dziecka Scully. Dawny, powolny, analogowy klimat budowania napięcia został zastąpiony przez hollywoodzkie wybuchy i pościgi.
Jedynymi jasnymi punktami był pojedyncze odcinki komediowe, pisane przez legendarnego scenarzystę Dariana Morgana, które genialnie naśmiewały się z dzisiejszej popkultury i teorii spiskowych in dobie fake newsów. Jednak po finale 11 sezonu Gillian Anderson powiedziała kategoryczne dość. Oświadczyła, żę raz na zawsze żegna się z postacią Dany Scully, co ostatecznie zamknęło mroczną szafę Z Archiwum X. To był definitywny koniec pewnej epoki.
But choć koniec tej historii miał gorzki smak, to dziedzictwo, jakie zostawiło po sobie Z Archiwum X, jest absolutnie monumentalne. Spójrzcie na współczesne seriale. Przed Chrisem Carterem telewizja była prosta. Odcinki serialu musiały być zamkniętymi historiami. Jeśli przegapiłeś jeden odcinek, to kolejny mogłeś oglądać bez poczucia, że coś straciłeś. To Carter udowodnił szefom wielkich stacji, że masowy widz jest inteligentny. Że chce, a wręcz domaga się skomplikowanej , wieloletniej fabuły, ukrytych wskazówek i mitologii, którą można analizować godzinami. Bez Z Archiwum X nie dostalimy skomplikowanej struktury Lost. Nie byłoby serialu Fringe, który był bezpośrednim, duchowym spadkobiercą przygód Muldera i Scully. Supernatural przecież jechało dokładnie na tym samym wózku, kopiując format potworów tygodnia.
Nawet dzisiejszy mega hit, Stranger Things Netflixa, garściami czerpie z estetyki Cartera. Od tajnych laboratoriów rządowych, przez dzieciaki badające anomalie, aż po mroczną, syntezatorową muzykę in czołówce. Chris Carter zmienił DNA telewizji. Zabrał nas z bezpiecznych, policyjnych procedurali i wrzucił in głęboki, fascynujący mrok, z którego jako widzowie już nigdy nie chcieliśmy wyjść.
Dziś, oglądając nowoczesne produkcje, łatwo zapomnieć, jak długą drogę przeszliśmy od kineskopowych telewizorów z lat 90. Praktyczny wniosek z podróży z Mulderem i Scully jest taki, że dobre opowieści nie starzeją się nigdy – bo dotykają naszych uniwersalnych lęków przed nieznanym. Z Archiwum X dało nam narzędzia do czytania popkultury na nowo i udowodniło, że telewizja może być sztuką przez wielkie S.
Jakie są wasze najwcześniejsze wspomnienia związane z tym serialem? Oglądaliście go zza fotela rodziców, chrupiąc chipsy w niedzielny wieczór? Dajcie znać w komentarzach pod filmem – pogadajmy o nostalgii.
Jeżeli chcecie dowiedzieć się, jak dziedzictwo Chrisa Cartera wpłynęło na inne kultowe uniwersum science-fiction i jak narodził się fenomen serialu Fringe – klikajcie w film na ekranie. Odkryjemy tam kolejne naukowe sekrety i anomalie. Nie zapomnijcie o subskrypcji i do zobaczenia w kolejnym śledztwie!

