Reżyseria: Dario Argento
Kraj produkcji: Włochy
Po rozkopaniu tajemniczego grobu w Rzymie rozpoczyna się fala chaosu i przemocy.
Amerykańska studentka Sarah Mandy staje się celem ataków wiedźmy Mater Lachrymarum i jej wyznawców.
Na trzecią część trylogii matek Dario Argento musieliśmy czekać, aż 26 lat. Widać, że Argento nie był już w formie. Scenariusz jest chaotyczny i przekombinowany, a warstwa realizacyjna nie zachwyca.
W filmie śledzimy Sarah odgrywaną przez Asię Argento (córkę Argento i Darii Nicolodi), która miota się po Rzymie próbując zrozumieć, czemu Rzym opanował chaos i co ona ma z tym wspólnego. Dybać na nią będą wiedźmy zjeżdżające się z całego świata do Rzymu. Rozwikłać zagadkę, która ma korzenie w przeszłości dziewczyny pomoże ksiądz (Udo Kier), biała wiedźma, czy stary alchemik.
Nie przekonuje mnie tu przede wszystkim wątek matki głównej bohaterki (Daria Nicolodi), która ujawnia się jej pod postacią ducha (zrealizowanego koszmarnym CGI, z resztą scen z wykorzystaniem słabych efektów komputerowych jest tu więcej). To największa, naiwna i cringowa bolączka filmu, która niestety jest niezwykle ważna dla fabuły.
Jest tu jednak kilka pojedynczych scen przypominających kunszt poprzednich filmów reżysera jak sceny w bibliotece czy muzeum, gdzie scenografię są po prostu ładne i gdyby nie cyfrowa kamera nie odbiegały by od Suspirii, czy Inferno. Ale to tylko pojedyncze smaczki w koszyku pełnym spleśniałych jabłek. Matce łez brakuje przede wszystkim magii starej kliszy, technikoloru, czy genialnego, kolorowego oświetlenia, które cechowały poprzedników. Na uwagę zasługuje jednak muzyka skomponowana przez Claudio Simonettinego łącząca symfonię z metalowymi wstawkami w wykonaniu Daniego Filtha z Cradle of Filth.
Najlepiej w Matce łez wypadają krwawe praktyczne efekty specjalne wykonane przez weterana Sergio Stivalettiego. Film ten jest najbrutalniejszym z całej trylogii. Niech wspomnę tylko początkowa scenę, w której pewna kobieta zostaje zaatakowana przez demony. Maszkary rozrywają jej usta średniowiecznym, narzędziem tortur, a potem patroszą. Z olbrzymiej rany wylewają się jelita. W dzisiejszych czasach cenzura nie jest już tak restrykcyjna, ale gdyby film wyszedł ćwierć wieku wcześniej trafiłby na listę video nasties jak jego poprzednicy. Zobaczymy tu też pożeranie własnego dziecka, nabijanie na pal, czy szatkowanie tasakiem.
Matka łez to tylko cień dawnego Argento i jego najlepszych filmów. Zwieńczenie trylogii, którego chyba nikt nie potrzebował prócz najwierniejszych fanów. Gdyby ten film powstał 20 lat wcześniej może coś z niego by było. Ale zabił go słaby scenariusz i technikalia połowy lat 2000.

