Site icon Horror blog

Iron Lung (2026) recenzja

Reżyseria: Mark Fischbach
Kraj produkcji: USA

W dalekiej, postapokaliptycznej przyszłości, w której wszystkie gwiazdy zgasły, a ludzkość niemal wymarła pewien skazaniec Simon zostaje wysłany niewielką łodzią podwodną, aby eksplorować ocean krwi. Podczas ekspedycji napotyka coś, co niemal nie doprowadza go do szaleństwa.

Iron Lung to dość wierna adaptacja niewielkiej niezależnej gry o tym samym tytule, który nakręcił Mark Fischbach, szalenie popularny youtuber growy.

Iron Lung to minimalistyczny, klaustrofobiczny eksperyment filmowy w całości rozgrywający się w niewielkiej, zardzewiałej, jednoosobowej łodzi podwodnej przywodzącej na myśl radziecką myśl techniczną z okresu zimnej wojny. Simon, bohater o którym nic nie wiemy zostaje w niej zesłany z bazy na powierzchni przez pewną kobietę, aby zbadać tajemniczy ocean krwi. Łódź prócz kilku przyrządów nie ma nawet okna. Simon w terenie musi się orientować dzięki mapom i prymitywnemu aparatowi fotograficznemu, który wykonuje zdjęcia otoczenia w dość miernej jakości z kilkusekundowym opóźnieniem.

Wkrótce Simon orientuje się, że w oceanie żyje jakaś niewyobrażalna siła. Z czasem popada w obłęd i nie wie co istnieje na prawdę, a co jest halucynacjami.

Iron Lung to film, w którym niewiele się dzieje, niewiele widać i niewiele się wyjaśnia. Film potrafi zaintrygować swoją klaustrofobiczną atmosferą i tajemnicą. Jest również bardzo sprawnie zrealizowany i ogląda się go bez bólu dzięki dobrym zdjęciom, aktorstwu Marka Fischbacha, czyli reżysera, a także oprawie audio na którą składają się ambienty, stukoty, trzaski czy dudniąca elektronika. Nie jest to film, który próbuje straszyć, a raczej wywoływać dyskomfort i uczucie beznadziei.

Znajdziemy w nim wątki mistyczne, niemal lovecraftowskie, a końcówka przerodzi się nawet w body horror. Pewne wątki zostaną tu wyjaśnione, ale raczej te drugoplanowe. Główną fabułę musimy sobie poukładać w głowie sami.

Film nie bierze jeńców. Jest brudny, pesymistyczny i pozbawiony nadziei. Człowiek kontra niezmierzona, krwawa otchłań i coś, co w niej drzemie. Finałowy akt to prawdziwy test dla ludzi z klaustrofobią, gdzie strach przed nieznanym materializuje się w najbardziej brutalny sposób.

Polecić go jednak mogę tylko fanom powolnych filmowych dziwadeł w stylu Skinamarink. Reszta może nie przetrwać dwóch godzin uwięziona w klaustrofobicznej, zardzewiałej puszce.

Exit mobile version