Site icon Horror blog

Historia Gęsiej skórki

Co jeśli powiem Ci, że najstraszniejszy horror Twojego dzieciństwa wcale nie był przeznaczony dla dzieci? Dziś odkryjemy mroczne kulisy serialu, który wywołał traumę u milionów widzów. To nie tylko zombie i wilkołaki, to świat R.L. Stine’a – człowieka, który wyprodukował więcej grozy niż sam Stephen King. Przygotuj się na rzut okiem na fenomen, który do dziś mrozi krew w żyłach.

Materiał ten obejrzysz także na Youtube:

Dziś “Gęsia skórka” to ikona lat 90-tych, i dla wielu z nas pierwszy, prawdziwy dreszcz emocji, który przerodził się w pasję na całe życie. Ale podobnie jak w przypadku “Opowieści z krypty”, o których materiał nagrałem dla was niedawno, serial wcale nie był początkowo początkiem całego przedsięwzięcia.

Wszystko zaczęło się w 1992 roku, kiedy na półki księgarń trafiła pierwsza część serii książek zatytułowana Welcome to Dead House. Autorem był wspomniany już Robert Lawrence Stine, człowiek, który co ironicznie, swoją karierę rozpoczynał od humoru. Przez dziesięć lat redagował satyryczny magazyn “Bananas”.

Wyobraźcie sobie tę scenę: facet, który rano wymyśla żarty o bananach, wieczorem idzie do domu i planuje, jak uwięzić dzieciaki w domu pełnym żywych trupów. To nie była ewolucja stylu, to był całkowity błąd systemu, który jakimś cudem stał się najbardziej dochodowym błędem w historii literatury.

W pewnym momencie wydawca zasugerował Steinowi napisanie horroru dla młodzieży. Ten początkowo nie wiedział nawet jak się za to zabrać, i czy coś takiego jak horror dla dzieci i młodzieży w ogóle istnieje. Pierwsze wydania nie cieszyły się dużym zainteresowaniem. Wszystko ze względu na słaby marketing. A można podejrzewać, że właściwie jego brak. Mówi się jednak, że dobre dzieło powinno obronić się samo, i tak też stało się w tym przypadku. Z czasem dzieciaki same z siebie zaczęły sięgać po książki z serii “Gęsia skórka” i informować siebie o nich nawzajem. Jest to idealny przykład tego, jaką moc ma poczta pantoflowa.

W sumie nie można się dziwić, dlaczego młodzi ludzie tak ochoczo sięgali po kolejne tomy. Same opowieści to jedno. Każda z książek zawierała zupełnie inną historię, nowe miejsca i nowych bohaterów. To pozwalało na wybieranie tematów czy klimatu, który rzeczywiście ci się podobał. Jeśli nie lubiłeś wampirów, ale za to jarały cię nawiedzone lalki, kosmici czy szaleni naukowcy, to mogłeś sięgnąć właśnie po to. Szczególnie, że Stine eksplorował w książkach właściwie wszystkie obszary związane z grozą.

Mówiąc o sukcesie “Gęsiej skórki” nie można też oczywiście zapomnieć o warstwie wizualnej książek. Okładki autorstwa Tima Jacobusa to pulpa w czystej postaci. Jaskrawe barwy, charakterystyczna, ociekająca czcionka i ilustracje, które rozpalały wyobraźnię zanim jeszcze otworzyło się książkę. No i tytuły. “Witamy w domu śmierci”, “Upiorna lalka Slappy”, czy “Obóz z koszmarów. Duch z sąsiedztwa” to coś, co brzmi jak typowe lata 90-te.

Z czasem seria “Gęsia skórka” zyskała ogromną popularność. Książki sprzedały się w nakładzie ponad 400 milionów egzemplarzy, a Stein został nazwany Stephenem Kingiem literatury młodzieżowej. Jak wspominałem wcześniej, seria nie miała jednego konkretnego bohatera, więc w pewnym momencie Slappy, czyli lalka brzuchomówcy stała się nieoficjalną maskotką serii. Marka była wszędzie, od zestawów w KFC i Pizza Hut, po legendarne Targi Książki Scholastic.

Skala tego sukcesu była tak wielka, że jedna osoba nie powinna być w stanie jej udźwignąć. I tu dochodzimy do momentu, w którym liczby przestają mieć sens, bo Stine udowodnił, że jest ludzką maszyną do pisania. Stine napisał 62 tomy książek w 5 lat. To nie jest tempo pisarza, to tempo pracy maszyny. Żeby to przebić, musiałbyś napisać ten scenariusz, nagrać film i go zmontować… w przerwie na lunch. Stine nie pisał książek, on je maszynowo drukował we własnej głowie… “Gęsia skórka 2000”, “Horrorland”, “Slappy World” – to uniwersum rozrosło się bardziej niż Marvel, a Stine do dziś pisze około 2000 słów dziennie…

Kiedy masz setki gotowych historii i miliony fanów, naturalnym krokiem jest próba przeniesienia tego lęku na szklany ekran. Tak narodziła się legenda, która dla wielu z nas stała się ważniejsza niż same książki.

Pierwszy sezon miał premierę już w 1995 roku, a więc tylko trzy lata po tym, jak na rynku pojawiła się pierwsza książka z serii. Z niskim budżetem, ale ogromnym zaangażowaniem twórcy przenosili na małe ekrany opowieści Steina. Ze względu na to, że serial był przeznaczony dla młodszej widowni, postawiono tutaj na suspens i zagadkę w zamian za gore i brutalność. Taka cena ograniczeń wiekowych. To właśnie w serialu “Gęsia skórka” swoje pierwsze aktorskie kroki stawiał m.in. młody Ryan Gosling.

Każdy odcinek trwał około 20 – 25 minut i miał bardzo podobną i spójną formułę, choć oczywiście z różnymi motywami horroru. Właśnie ta nieprzewidywalność była częścią jej uroku. Poznawaliśmy głównego bohatera lub bohaterów. To najczęściej były dzieci lub wczesna młodzież. Częstym motywem było pojawienie się bohaterów w nowym miejscu: przeprowadzka, wyjazd rodzinny, czy nowa szkoła. Wkrótce bohaterowie doświadczają nadprzyrodzonej sytuacji, w którą dorośli nie chcą uwierzyć. Zjawiska się nasilają, a następnie dochodzi do konfrontacji i pozornego rozwiązania akcji. Pozornego, gdyż twórcy uwielbiali niespodziewane twisty fabularne.

Slappy był tu absolutną gwiazdą. Ta lalka była dla nas tym, czym Chucky dla dorosłych, tylko że Slappy nie potrzebował noża, żeby sprawić, że przez tydzień bałeś się spojrzeć w stronę swojego regału z zabawkami. Pamiętacie ten jego szklany wzrok? Do dziś mam wrażenie, że mrugnął do mnie przynajmniej raz podczas oglądania.

Dobrym przykładem jest choćby 4 odcinek pierwszego sezonu, którego tytuł brzmi “The Girl Who Cried Monster”. Główną bohaterką jest Lucy, która twierdzi, że ciągle widzi gdzieś potwory. Doprowadza to do tego, że właściwie nikt nie wierzy w jej rewelacje. Pewnego dnia jednak zauważa, że Pan Mortman, lokalny bibliotekarz zamienia się w przerażające monstrum i pożera robale z wielkiego słoja.

Przerażona wraca do domu, ale jak można się domyślać, reakcja na jej opowieść to “znowu zmyślasz, idź do swojego pokoju”. Wkrótce jednak okazuje się jednak, że Mr. Mortman to prawdziwy potwór, który poluje na dzieci. Dochodzi oczywiście do konfrontacji i szczęśliwego zakończenia. Ale jako, że to “Gęsia skórka” twórcy musieli wykorzystać mocny plot twist. W epilogu rodzice Lucy zabierają ją do domu i zaczynają się dziwnie zachowywać. Końcówka sugeruje, że potworów w mieście jest więcej, a dziewczyna trafiła w sam środek koszmaru.

Bardzo charakterystyczna była także sama czołówka, w której można było zobaczyć autora pierwowzoru, Roberta Lawrence Steina, który zmierza w stronę miasteczka z teczką, z której wypadają kartki z jego opowiadaniami. No i ten pies z żółtymi oczami. Do tego dochodzi oczywiście ścieżka dźwiękowa, która już po pierwszych nutach może kojarzyć się z dziecięcymi koszmarami.

Serial był emitowany od października 1995 roku. Przez kolejne trzy lata wyemitowano 4 sezony, które składały się łącznie z 74 odcinków. Ostatni epizod miał swoją premierę 16 listopada 1998 roku. Serial przez długi czas był emitowany także w Polsce. Pierwszą stacją, która zdecydowała się go puścić, był nieistniejący już Fox Kids. Następnie poszczególne odcinki można było oglądać także na Jetix i TV 4, aż do 2009 roku.

Mimo że telewizja wycisnęła z tej marki wszystko, co się dało, Hollywood czuło, że prawdziwe pieniądze leżą znacznie wyżej – na wielkim, kinowym ekranie. I to właśnie wtedy o mało nie doszło do współpracy, która mogła zmienić historię horroru.

Zatrzymajmy się tu na sekundę. Wyobraźcie sobie świat, w którym Gęsią Skórkę kręci Tim Burton w szczytowej formie. To mogło być arcydzieło gotyku, a projekt upadł tylko dlatego, że twórcy nie mogli zdecydować, którą z setek książek wybrać. Zamiast Burtona, po latach dostaliśmy… Jumanji z Jackiem Blackiem. Czy to dobrze? Zaraz do tego dojdziemy.

Przełom nastąpił w 2015 roku, kiedy to Columbia Pictures wypuściła film z Jackiem Blackiem wcielającym się w rolę samego Steina. I tutaj udało się ominąć problem związany z ogromną ilością historii, ponieważ zastosowano sprytny zabieg meta-fikcji. Ot, zamiast ekranizacji jednej, konkretnej książki, postanowiono ożywić wszystkie kreatury z jego twórczości.

Głównym bohaterem filmu jest Zach Cooper, który odkrywa, że jego sąsiadka jest córką Roberta Lawrence Steina. Okazuje się, że Stein w rzeczywistości trzyma wszystkie potwory, które wymyślił, zamknięte w swoich manuskryptach. Przez przypadek Zach otwiera jedną z ksiąg i uwalnia bestie do rzeczywistego świata. Film co prawda bardziej ma klimat Jumanji niż horroru, ale wciąż jest to Gęsia Skórka. W 2018 powstała druga część filmu, gdzie dwójka przyjaciół uwalnia lalkę Slappy.

To jednak nie koniec historii “Gęsiej skórki”, ponieważ doczekaliśmy się także kolejnych sezonów serialu od Disney Plus. Tutaj jednak nastąpiła duża zmiana – zamiast antologii, postawiono na ciąg fabularny o piątce licealistów. Pierwszy sezon z 2023 roku przyjął się nieźle, ale drugi, o podtytule “Zagubieni”, zanotował tak słabą oglądalność, że Disney anulował projekt. Sam Stein zauważył, że największym problemem był brak formy antologii i odejście od klimatu stricte dla dzieci.

Robert Lawrence Stine wykonał niesamowitą woltę. Zamienił pisanie żartów na kolekcjonowanie lęków całego pokolenia. Kto by pomyślał, że facet od “sucharów” o bananach nauczy nas, jak się bać? Sukces Stine’a to dowód na to, że czasem trzeba całkowicie zrestartować system i mieć odwagę do zmiany, by stać się legendą.

Dziś, jako dorośli, patrzymy na te gumowe maski i stare efekty z przymrużeniem oka, ale to właśnie one ukształtowały nasz gust filmowy na lata. Warto wracać do tych korzeni, żeby zrozumieć, co tak naprawdę nas dziś przeraża i dlaczego nostalgia za latami 90-tymi jest w nas wciąż tak żywa.

Exit mobile version