Reżyseria: Na Hong-jin
Kraj produkcji: Korea Południowa
Wkrótce do polskich kin trafi niezwykły film Witajcie Hope. Jest to nowa produkcja reżysera Lamentu i jednocześnie najdroższy film w historii koreańskiej kinematografii! Zapraszam do recenzji bez spojlerów.
Małe, nadmorskie miasteczko Hope zostaje odcięte od świata przez pożary lasów. Szybko okazuje się, że płomienie to nie jedyne zagrożenie, gdyż na ludzi zaczynają polować gigantyczne potwory. Sytuację próbuje uratować dwójka policjantów. Kim są monstra, skąd przybyły i jakie mają zamiary?
Miastczko Hope na zwiastunach zapowiadało się jako wyborny miks kina postapokaliptycznego, horroru, kina akcji i przetrwania. No i w zasadzie wszystko się zgadza prócz słowa “wyborny”.
Najpierw zalety. Miasteczko Hope to trochę taki Cloverfield tylko, że w małej azjatyckiej osadzie. Miejscami film przypomina nawet Obcego. Jego główną zaletą jest akcja. Sceny pogoni są długie, żwawe, trzymające w napięciu. Film bywa widowiskowy, gdy potwory demolują osadę. Sceny pościgów są głośne, naładowane adrenaliną, długie, świetnie wyreżyserowane. Film nie daje chwili na oddech. Klimat obcowania z czymś wielkim pomaga budować potężne udźwiękowienie. Czuć również ten budżet. Scenografie są na bogato, a dynamiczna praca kamer robi robotę.
W obsadzie zobaczymy Hwang Jung-mina znanego z Lamentu, a także Michaela Fassbendera, czy Alicię Vikander z Ex-Machiny.
No powiecie, że wszystko się tu zgadza i to pretendent do filmu roku. No nie.
Początkowo faktycznie jest bardzo dobrze, a reżyser buduje atmosferę tajemnicy. Potwór pokazywany jest na ułamki sekund, bardziej jak we wspomnianym Cloverfield widzimy raczej jego zniszczenia. Robi się jednak fatalnie, gdy zaczyna być pokazywany w pełnej krasie. Czar nagle pryska i dostajemy fatalny komputerowy render jak z produkcji Asylum. Design potwora czasem nawet bywa klimatyczny, byśmy chwilę potem otrzymali Avatara z Temu. Dosłownie! Za każdym razem jak widziałem te CGI potworki wyglądające niczym przerywnik w grze wszystko we mnie krzyczało.
Fabuła niestety z tajemniczego postapo, czy ataków Kaiju również zjeżdża w na maxa kiczowate rejony rodem z taniego filmu fantasy lat 80. Witajcie w Hope bywa również durnowaty, co skutecznie burzy klimat jak chociażby w scenie z dialogiem o sraczce.
Witajcie w Hope to widowiskowy film. Ale zniszczony przez kretyński scenariusz i wygląd potworów. Sama końcówka już trąci po prostu cringem. Im dalej w las tym gorzej.
I tak polecam się wybrać do kina, bo w kinie ten film może zrobić robotę. Ale pamiętajcie o wszystkich wadach, które napisałem.

