Site icon Horror blog

Uciekinier (2025) – recenzja

Reżyseria: Edgar Wright
Kraj produkcji: UK, USA

Z dużym dystansem podchodziłem do nowej wersji Uciekiniera. Wersja ze Scharzeneggerem była idealna, od świetnie wykreowanego, dystopijnego świata, przez charyzmatycznego głównego bohatera po kiczowatych, przerysowanych złoczyńców w postaci chociażby kastrata z żarówką w dupie.

Nowy Uciekinier w reżyserii Edgara Wrighta to powrót do korzeni, czyli do brudnej i pesymistycznej noweli Stephena Kinga. To nie jest kolorowe show, to desperacka walka o przetrwanie w Ameryce, która śmierdzi biedą, smogiem i krwią.

Ben Richards (w tej roli Glen Powell) nie jest napakowanym superbohaterem. To zaszczuty, chudy facet z nizin społecznych, który bierze udział w morderczym teleturnieju tylko po to, by zdobyć leki dla umierającej córki. Zasady są proste: Richards ucieka, a zawodowi mordercy i zwykli obywatele mają go dorwać. Za każdą godzinę przeżycia dostaje kasę. Za zabicie go przewidziana jest nagroda.

W nowym Uciekinierze zdecydowanie jest mniej tego szaleństwa niż w poprzedniej ekranizacji. To film nieco poważniejszy, mniej przaśny, gdzie antagoniści to zwykli marines, a nie świecący się ejtisowi złole. Glen Powell jako główny bohater wypada jednak nieźle. Jest charyzmatyczny, czasem rzuci jakimś onelinerem i ciężko go nie polubić.

Atmosfera zaszczucia gęstnieje z każdą minutą, zdjęcia mają dokumentalny sznyt, a świat przedstawiony to zderzenie niemal postapokaliptycznych slumsów z nowoczesnymi biurowcami bogatej dzielnicy.

Mimo wartkiej akcji nowy Running Man ma jednak znacznie mniej walorów rozrywkowych, co oryginał z Arnim. To film, o którym szybko zapomnimy, a do wersji z 1987 będzie się jeszcze wracało wielokrotnie.

Exit mobile version