Większość potworów w horrorach potrafi tylko ryczeć i gonić nastolatków po lesie. Nuda. Dzisiaj pokażę Wam 10 filmowych potworów z tak niesamowitym designem i osobowością, że ukradły całe show. Zobaczycie mroczne bóstwa, noworodki niszczące miasta, a na samym końcu… samochód, przy którym Wasz stary Passat wyda się oazą łagodności.
Materiał ten obejrzysz także na Youtube:
Moder (Rytuał / The Ritual)
Zaczynamy od bóstwa, które udowadnia, że IKEA to nie jedyna straszna rzecz ze Skandynawii. Fabuła jest prosta: grupa kumpli idzie na trekking w szwedzkie góry, by uczcić pamięć zmarłego kolegi. Zamiast jednak znaleźć spokój, napotykają Modera – bękarta boga Lokiego. Co czyni go wyjątkowym? Design! To nie jest kolejny wilkołak z nadwagą. Moder to surrealistyczne połączenie jelenia, człowieka i… koszmaru sennego architekta. Pojawia się rzadko, ale jak już wchodzi na ekran, to kradnie show każdą gałęzią swojego poroża. Jest majestatyczny, cichy i przerażająco ludzki w swoich ruchach. To potwór, który nie tylko Cię zje, ale wcześniej sprawi, że pokłonisz mu się w pas, bo emanuje z niego czysta, pierwotna potęga. Prawdziwa gwiazda jednego filmu, która zostaje w głowie na lata.
Graboids (Wstrząsy / Tremors)
Dobra, koniec tej skandynawskiej depresji i uciekania przed gałęziami. Czas na drastyczną zmianę klimatu o jakieś 180 stopni. Przenosimy się na pustynię w Nevadzie, a Waszym jedynym zadaniem na najbliższe minuty jest: pod żadnym pozorem nie dotykać ziemi. Dlaczego? Bo mieszkańcy małej osady Perfection odkrywają, że pod ziemią czają się gigantyczne, mięsożerne czerwie. Graboidy to potwory idealne do kina rozrywkowego. Są ślepe, ale słyszą każdy Twój krok przez grunt, co zamienia film w morderczą wersję gry podłoga to lawa. Wyjątkowość Graboidów polega na ich ewolucji (w kolejnych częściach dostają nóg, a nawet latają za pomocą… gazów trawiennych) oraz na ich unikalnej biologii. Mają trzy macki wychodzące z pysków, które same wyglądają jak mniejsze węże. To potwory inteligentne, które potrafią zastawiać pułapki i uczyć się zachowań ludzi. Walka z nimi to nie tylko strzelanie, to gra logiczna: jak przejść z dachu na dach, żeby nie zostać wciągniętym pod ziemię jak spaghetti? Czysta frajda!
Zostawmy jednak potwory, przed którymi wystarczy uciec na dach. Teraz wejdziemy do świata, w którym nie uratuje Was żadna fizyczna ucieczka.
The Pale Man (Labirynt Fauna)
Bądźmy szczerzy, to jest postać, przez którą połowa z nas spała przy zapalonym świetle. W filmie Ofelia trafia do świata fantazji, by uciec od brutalnej rzeczywistości hiszpańskiej wojny domowej. Pale Man to strażnik uczty, której nie wolno tknąć. Jest wyjątkowy przez najbardziej niepokojący design w historii kina: ma oczy w dłoniach. Sposób, w jaki przykłada ręce do twarzy, by widzieć, jest tak nienaturalny i odrażający, że aż hipnotyzujący. Pale Man to metafora bezlitosnej instytucji, która pożera niewinnych. Nie biega, nie krzyczy, on po prostu powoli, sztywno wstaje z krzesła i zaczyna Cię gonić, mlaskając przy tym w sposób, od którego cierpnie skóra. Pojawia się na ekranie tylko przez kilka minut, ale zostawia w psychice trwały ślad, jakiego nie powstydziłby się sam Freddy Krueger.
Zabójcze klowny z kosmosu (Killer Klowns from Outer Space)
Teraz coś dla fanów totalnej jazdy bez trzymanki. Fabuła to czysty absurd: na małe miasteczko spadają kosmici, którzy wyglądają jak przerysowane, obrzydliwe klowny. Ich cel? Zapakować ludzi w kokony z waty cukrowej i wypić ich krew przez rurkę. Te potwory są wyjątkowe, bo łączą dziecięcą radość cyrku z absolutną makabrą. Strzelają z pistoletów na popcorn, robią psy z balonów, które potrafią tropić ofiary, i rzucają morderczymi ciastami. Każdy klown ma inną osobowość i unikalny, obrzydliwie kolorowy wygląd. To idealny przykład na to, że horror może być zabawny i przerażający jednocześnie. Jeśli boisz się klownów, ten film to Twój ostateczny test. Jeśli się nie boisz po seansie zaczniesz podejrzliwie patrzeć na każdą watę cukrową na odpuście.
Mam nadzieję, że ta wata cukrowa Wam smakowała, bo teraz… brutalnie zderzymy się ze ścianą. Koniec śmieszkowania. Następny potwór nie ma kolorowego nosa ani nie strzela popcornem. On nawet nie mieszka w szafie. Mieszka w Waszej głowie i żywi się czymś, przed czym nie uciekniecie: żałobą i depresją. Poznajcie Babadooka!
Babadook (Babadook)
Fabuła opowiada o owdowiałej matce i jej synku, którzy znajdują dziwną książkę o potworze w cylindrze. Babadook jest wyjątkowy, bo to potwór-metafora. On nie tylko mieszka w szafie, on mieszka w Twojej głowie i żywi się żałobą oraz depresją. Jego wygląd: blada twarz, długie palce i wysoki cylinder przypomina postacie z niemieckiego ekspresjonizmu. To nie jest typowy slasherowy morderca. On nie chce Cię tylko zabić, on chce Cię złamać psychicznie. Najbardziej przerażające jest to, że Babadooka nie da się pokonać w tradycyjny sposób, musisz nauczyć się z nim żyć, dokarmiać go w piwnicy i kontrolować. To potwór, który sprawia, że zaczynasz się bać własnych myśli, a to najwyższa szkoła horrorowej jazdy.
Skoro potrafimy już kontrolować potwora w małej piwnicy, czas wygonić Was na zewnątrz. I to z rozmachem, bo z małego pokoju przenosimy się prosto na ulice Nowego Jorku.
Clover (Cloverfield / Projekt: Monster)
Clover to w zasadzie wielki, zagubiony noworodek, który przypadkiem zrównał z ziemią Nowy Jork. Film śledzimy z perspektywy amatorskiej kamery grupy znajomych, którzy próbują przeżyć atak giganta na Manhattanie. Wyjątkowość Clovera polega na skali i tajemnicy. J.J. Abrams stworzył coś, co jest jednocześnie ogromne jak wieżowiec i zwrotne jak drapieżnik. To nie jest Godzilla, która chce walczyć z innymi potworami. Clover jest po prostu przerażony nowym środowiskiem i przypadkiem miażdży wszystko na swojej drodze, zrzucając z siebie pasożyty wielkości psów. Jego design jest unikalny dzięki długim kończynom i workom powietrznym przy głowie, które pulsują, gdy się denerwuje. To potwór, który zdefiniował nowoczesne kino found footage i udowodnił, że największy strach budzi to, czego przez większość filmu prawie nie widzimy.
Gill-man (Potwór z Czarnej Laguny)
Czekajcie, słyszę to klikanie! Zanim uciekniecie z krzykiem, słysząc hasło „klasyka z 1954 roku”, dajcie mi 30 sekund. Bo ten gość pod płetwą i łuskami ma coś, czego brakuje większości dzisiejszych potworów CGI: duszę i… niesamowicie zdesperowany instynkt randkowy. Gill-man to ostatni przedstawiciel rasy płazów człekokształtnych, żyjący w głębi Amazonii. Gdy ekipa naukowców narusza jego spokój, zaczyna się walka o terytorium (i o serce pięknej asystentki). To, co czyni go wyjątkowym, to fakt, że był prekursorem wszystkich ludzkich potworów. Pod tą łuską kryje się tragizm i samotność. Jego design z 1954 roku jest tak doskonały, że do dziś wygląda świetnie. To nie był po prostu facet w kostiumie, to była nowa anatomia. Gill-man nie jest zły z natury, on jest po prostu u siebie, a my jesteśmy intruzami. To potwór, któremu po cichu kibicujesz, zwłaszcza gdy wykonuje ten swój elegancki, podwodny taniec pod płynącą bohaterką. To on zainspirował Guillermo del Toro do stworzenia Kształtu wody, więc szacun się należy!
Sentymenty jednak na bok. Gill-man budzi współczucie, ale nasz kolejny potwór nie chce Waszych łez ani miłości. On chce tylko Waszego cierpienia.
Pumpkinhead (Dyniogłowy)
Jeśli myśleliście, że zemsta najlepiej smakuje na zimno, to Pumpkinhead udowadnia, że najlepiej smakuje z domieszką czarnej magii i zgniłych dyń. Fabuła? Zrozpaczony ojciec idzie do wiedźmy, by przywołać demona zemsty na nastolatkach, którzy zabili mu syna. Pumpkinhead to arcydzieło Stana Winstona, faceta od efektów w Obcym i Terminatorze. Ten gość to czysta nienawiść zamknięta w chudym, gumowatym ciele z wielką głową. Jest wyjątkowy, bo ma bezpośrednią więź z przyzywającym. Im bardziej potwór masakruje ofiary, tym gorzej czuje się jego pan. To nie jest bezmyślna bestia; on delektuje się strachem ofiar. Wygląda jak mroczny kuzyn ksenomorfa, który spędził za dużo czasu na farmie w Alabamie. Stylistyka sothern gothic nadaje mu klimatu, którego nie podrobi żaden współczesny CGI-potworek.
Audrey II (Krwiożercza roślina / Little Shop of Horrors)
Zadam Wam teraz pytanie, którego prawdopodobnie nigdy wcześniej nie słyszeliście: czy potwór, żeby zniszczyć Wam życie, musi śmierdzieć bagnem, ryczeć i rozrywać ludzi na strzępy? Otóż nie. Czasami wystarczy, że… świetnie śpiewa soul, ma gigantyczną charyzmę i mieszka w doniczce. Kto powiedział, że potwór nie może być utalentowanym wokalistą soul? Audrey II to kosmiczna roślina, która trafia do kwiaciarni na biednej dzielnicy i obiecuje nieśmiałemu sprzedawcy, Seymourowi, sławę i bogactwo. Ma tylko jeden drobny warunek: chce pić ludzką krew. To wyjątkowy potwór, bo ma niesamowitą charyzmę i niewyparzoną gębę. Jako kukiełka animowana przez kilkunastu ludzi, Audrey II wygląda bardziej żywo niż niejedno współczesne monstrum z komputera. Jej piosenka “Feed Me!” to klasyka, a fakt, że potrafi manipulować ludźmi za pomocą ich własnych pragnień, czyni ją groźniejszą niż jakakolwiek inna paprotka w Twoim domu. To jedyny potwór na tej liście, który prawdopodobnie wygrałby Grammy, zanim zdążyłby Cię pożreć w całości.
Christine (Christine)
Na koniec coś dla fanów motoryzacji. Christine to piękny, czerwony Plymouth Fury z 1958 roku, który ma jedną wadę: jest chorobliwie zazdrosną morderczynią. Film Johna Carpentera na podstawie prozy Stephena Kinga pokazuje relację nastolatka z samochodem, który sam się naprawia i eliminuje każdego, kto stanie mu na drodze. Christine jest wyjątkowa, bo to potwór z blachy i chromu, który ma duszę. Nie potrzebuje kierowcy, by przejechać kogoś na parkingu. Sceny, w których płonąca Christine ściga ofiarę na autostradzie, to absolutny szczyt klimatu lat 80. To potwór elegancki, błyszczący, ale w środku czarny jak smoła. Przestroga dla wszystkich: dbajcie o swoje auta, bo nigdy nie wiecie, czy Wasz stary Pasat nie poczuje nagłej ochoty na odrobinę przemocy przy piosenkach Zenka Martyniuka.
A tak zupełnie poważnie, dzisiejsze zestawienie udowadnia jedno: najlepsze filmowe potwory to te, które pod gumową maską czy pikselami CGI kryją coś więcej. Duszę, metaforę, a czasem po prostu genialny, autorski pomysł. Na tym polega siła elity świata koszmarów, o której rozmawialiśmy na początku. Następnym razem, gdy będziecie oglądać horror, nie patrzcie tylko na to, jak głośno potwór ryczy, ale zapytajcie sami siebie: „co on właściwie reprezentuje?”.

