Reżyseria: Marta Giec
Kraj produkcji: Polska
Osiemnastoletnia Trina mieszka samotnie ze swą despotyczną matką. Dziewczyna marzy o ucieczce od tej stagnacji i zaczęcia życia na nowo. Pewnego dnia niespodziewanie odwiedza ją jej ciotka, wraz z babką, o istnieniu których nie miała wcześniej pojęcia. Tej nocy niejeden trup wypadnie z szafy.
Òpi to polski folkhorror eksplorujący tematykę kaszubskich demonów, czarownic i wierzeń. Choć z początku niewiele na to wskazuje. Debiutująca reżyserka Marta Giec przez lwią część filmu daje nam w zasadzie dramat psychologiczny i ciężkich relacjach rodzinnych bohaterek. Kim jest Trina? Czemu jej matka jest tak nastawiona wobec córki? Czemu ciotka zdecydowała się na przyjazd właśnie teraz i jakie tajemnice skrywa niema babka po wylewie?
Òpi to nie jest kino rozrywkowe. To slowburner raczej dla fanów Lynchem czy Wstrętu Polańskiego, gdzie groza pochodzi wprost z nieprzepracowanych traum. To kino pozbawione fajerwerków, z jedynie jedną lokacją jakim jest rodzinny domek, z garścią aktorów.
Ale do czasu. Bo oto w trzecim akcie reżyserka w końcu pokazuje pazura rzucając widza w serce opowieści o demonach, upiorach, czarownicach i krwawych rytuałach. Nieco za późno, nieco zbyt mało dosadnie. Ale i tak ten segment cieszy najmocniej.
Òpi jest również umiejętnie nakręcony. Dudniąca, ambietowa oprawa dźwiękowa, duże zbliżenie na szczegółu i nieźle dobrana obsada z Wiktorią Kruszczyńską na czele, w roli Triny.
Fajnie, że w końcu ktoś postanowił wykorzystać w kinie grozy nasz lokalny folklor, a nie po raz kolejny kręcić amerykańskie kalki. Nie jest to próba w 100% udana, ale przynajmniej Òpi jest jakieś, a to najważniejsze.

