Reżyseria: Marek Piestrak
Kraj produkcji: Polska, ZSSR
„Mamo, obejrzymy Indianę Jonesa? Mamy Indianę Jonesa w domu. Indiana Jones w domu:” i wtedy wjeżdża on, cały na biało (a raczej w polowym mundurze): Roman Wilhelmi w absolutnie kultowym dziele Marka Piestraka. „Klątwa doliny węży” to film, który w polskiej popkulturze zajmuje miejsce szczególne. To nasze narodowe Plan 9 z kosmosu, które jakimś cudem próbuje być jednocześnie Poszukiwaczami zaginionej arki. Piestrak porwał się na niemożliwe: chciał dać zmęczonemu narodowi kino nowej przygody rodem od Spielberga, miksując to z kosmicznym science fiction i horrorem. Efekt? Dostaliśmy Indianę Jonesa z Temu, zanim Temu w ogóle powstało, ale za to z Romanem Wilhelmim, który obraża Azjatów z taką pasją, jakby od tego zależały losy świata.
Fabuła rzuca nas do Wietnamu, gdzie kapitan Tarnas (Wilhelmi) wraz z polskim naukowcem i piękną dziennikarką wyruszają na poszukiwanie legendarnej doliny. Według tajemniczego manuskryptu znajduje się tam artefakt dający władzę nad światem. To, co dzieje się dalej, to fascynujące połączenie tajemnic starożytnych kultur z technologią z głębokiego kosmosu. Piestrak nie bawił się w półśrodki, mamy tu wszystko: ukryte świątynie, pułapki i radioaktywne manuskrypty. To przedziwne kino, które pod względem tempa i rozmachu naprawdę starało się dogonić Hollywood, choć budżet sprowadzał te ambicje do parteru. Mimo to, autentyczna pasja twórców i próba stworzenia czegoś “większego niż życie” sprawiają, że seans dostarcza masy bezpretensjonalnej rozrywki i klimatu, którego próżno szukać w dzisiejszych, sterylnych produkcjach.
Realizacyjnie film to kopalnia złota dla fanów filmowego kuriozum. Scenografie, aktorstwo i efekty specjalne zapamiętacie na lata. Gumowe węże, czy legendarny model kosmity to szczytowe osiągnięcia ówczesnej polskiej szkoły efektów praktycznych. Zaś przemiana jednego z bohaterów w potwora to mistrzostwo kina klasy B (nota bene kostium potwora parcieje w muzeum kinematografii w Łodzi). Wszystko to okraszone jest muzyką, która momentami brzmi, jakby uciekła z rasowego horroru, co tylko potęguje surrealistyczny klimat całości. Marek Piestrak stworzył pomnik polskiej ambicji wcale nie ustępujący zachodnim produkcjom z podobnymi budżetami. To obraz, który nie bierze jeńców – albo go pokochasz za jego nieporadność, albo zostaniesz z wyrazem bezbrzeżnego zdumienia na twarzy. Kult absolutny.
Największą gratką dla współczesnego widza jest jednak odświeżona wersja z narratorem w postaci rapera Łony. Jego błyskotliwy, lekki i pełen humoru komentarz punktuje niedostatki tej superprodukcji, zamieniając seans w inteligentną zabawę formą. W kinach od 15 maja.

